— Patrz.

Dostrzegłem gęsty park, wznoszący się łagodnie w górę. Między drzewami ukazywał się szary, gontowy dach bardzo starego domu.

— Stoke Moran? — spytał.

— Tak jest, panie, to dom doktora Grimesby’ego Roylotta — odparł woźnica.

— Zaczęli tam roboty restauracyjne — rzekł Holmes — właśnie tam jedziemy.

— A tam jest wioska — rzekł znów woźnica, wskazując grupę dachów w pewnej odległości na na lewo — ale, jeśli panowie chcą się dostać do domu, bliżej będzie przejść przez tę barierę, a potem ścieżką przez pola ot tam, gdzie chodzi jakaś pani.

— Zdaje mi się, że to miss Stoner — zauważył Holmes, przysłaniając oczy dłonią, by lepiej widzieć. — Tak — dodał, zwracając się do woźnicy — to dobry pomysł; pójdziemy.

Zapłaciwszy woźnicy, wysiedliśmy i nasz wehikuł zawrócił do Leatherhead.

— Niech ten chłopak myśli, że jesteśmy architektami i przyjechaliśmy tutaj na roboty, tak będzie lepiej — rzekł Holmes, przeskakując przez barierę. — Dzień dobry, miss Stoner. Jak pani widzi, jesteśmy wierni danemu słowu.

— Czekałam na panów z taką niecierpliwością! — zawołała, witając nas gorącym uściskiem dłoni. — Wszystko składa się jak najlepiej. Doktor Roylott pojechał do miasta i prawdopodobnie nie wróci przed wieczorem.