Nie słyszałem najlżejszego dźwięku, nawet odgłosu oddechu, a mimo to wiedziałem, że towarzysz mój jest tuż przy mnie, że siedzi z otwartymi oczyma, w takim samym jak ja naprężeniu nerwowym. Okiennice nie przepuszczały najmniejszego promienia światła, dokoła nas panował głęboki mrok.
Z zewnątrz dobiegał nas niekiedy krzyk ptaka nocnego, a raz dosłyszeliśmy tuż pod oknem przeciągłe miauczenie, które nam dowiodło, że pantera nie była bynajmniej na uwięzi.
W dali odzywały się poważne dźwięki zegara parafialnego, wydzwaniającego kwadranse w przerwach, które nam się wydawały nieskończone. Wybiła północ, potem godzina pierwsza, druga, trzecia, a my siedzieliśmy ciągle w milczeniu, oczekując jakiegoś zajścia.
Nagle w okolicy wentylatora ukazał się blask, który zagasł niebawem, ale pozostała po nim silna woń oleju i rozgrzanego metalu. Widocznie zapalono tak zwaną ślepą latarnię67.
Usłyszałem lekki szelest, po czym znów zapanowało głuche milczenie, jakkolwiek woń wzmagała się. Przez pół godziny jeszcze siedziałem bez ruchu. Nagle rozległ się dźwięk inny, bardzo łagodny i pieszczotliwy, jakby odgłos pary uchodzącej z metalowego imbryka. W chwili gdy się rozszedł, Holmes zeskoczył z łóżka, zapalił zapałkę i zaczął z całej siły uderzać laską po sznurku od dzwonka.
— Widzisz go, Watsonie? — zawołał. — Widzisz go?
Nie widziałem nic zgoła. Gdy Holmes zapalał zapałkę, dosłyszałem syk głuchy, chociaż wyraźny, ale blask światła nie pozwolił moim zmęczonym oczom dojrzeć tego, w co towarzysz mój uderzał z taką zaciekłością; mogłem jednak rozróżnić jego bladą śmiertelnie twarz, na której malowało się przerażenie i odraza.
Holmes przestał uderzać w sznurek i patrzył na wentylator, gdy naraz ciszę nocną przerwał krzyk taki straszny, jakiego dotąd jeszcze nie słyszałem, i przeszedł w ryk wyrażający jednocześnie ból, trwogę i wściekłość.
Mówią, że ten krzyk wyrwał ze snu całą wieś, a nawet i bardziej oddalone probostwo; mnie ściął mrozem krew w sercu: stałem jak skamieniały, ze wzrokiem utkwionym w Holmesa.
On również patrzył na mnie, a gdy zaległa znów cisza, krzyknąłem, z trudnością dobywając tchu: