Otworzyła oczy.
— Co się z nim stało? — szepnęła. — Czy uciekł?
— Nie umknie tak łatwo.
— Ja mówię nie o nim, ale o sir Henryku. Czy ocalony?
— Tak.
— A pies?
— Nie żyje.
Odetchnęła swobodniej.
— Dzięki Bogu! Widzicie, panowie, jak ten łotr obszedł się ze mną!...
Wysunęła ręce z rękawów — były okryte sińcami.