Gdy baronet podźwignął się z łóżka, dla odzyskania równowagi duchowej pod opieką tego zacnego lekarza wyruszył w podróż naokoło świata. Wrócił zdrów moralnie i fizycznie.
*
Zbliżam się do końca tej dziwnej opowieści; starałem się przelać w czytelników obawy, które trapiły nas tak długo i skończyły się tak tragicznie.
Nazajutrz po opisanych wypadkach, mgła ustąpiła i pod przewodnictwem pani Stapleton zdołaliśmy dotrzeć do punktu, skąd ścieżka prowadziła na moczary.
Nieszczęśliwa kobieta ze skwapliwością, świadczącą o głębokiej urazie do tego człowieka, który zmarnował jej życie i podeptał jej godność niewieścią, starała się nas wprowadzić na trop jego.
Od owego punktu rząd wetkniętych w błoto gałęzi wskazywał kępki ziemi, po których można było przejść suchą nogą. Jeden krok fałszywy mógł nas przyprawić o śmierć. Raz tylko jeden ujrzeliśmy ślad, że ktoś przechodził tą niebezpieczną drogą. Wśród zielska i trawy wyzierał jakiś czarny przedmiot.
Holmes schylił się, aby go podnieść, przy czym pośliznęła mu się noga; gdybyśmy go nie podtrzymali, byłby wpadł w to bezdenne błoto. Podniósł się, trzymając w ręku stary but. Wewnątrz, na podeszwie, była wypisana firma: „Meyers, Toronto”.
— Warto było wziąć błotną kąpiel! — wołał. — Jest to zaginiony but sir Henryka.
— Stapleton rzucił go tu zapewne wśród ucieczki.
— Niewątpliwie. Trzymając ten but, wprowadzał na trop sir Henryka... Odgłos wystrzału zwiastował Stapletonowi, że zasadzka chybiona. Łotr uciekał z tym butem w ręku. Tu właśnie go rzucił. A zatem do tego miejsca doszedł bezpiecznie.