Stapleton roześmiał się.
— To tak zwane Grimpen-Mire17, błota nieprzebyte. Jeden fałszywy krok, a śmierć pewna. Nie dalej jak wczoraj widziałem na własne oczy, jak zapadł w nie młody źrebak. Pochłonęło go trzęsawisko. Niebezpiecznie jest zapuszczać się tutaj nawet wśród letniej suszy, ale podczas jesiennych roztopów miejsce to jest cmentarzem, a jednak potrafię przejść i wrócić bezpiecznie przez sam środek bagna. Widzisz pan?... Znowu jakiś źrebiec ugrzązł w błocie...
Istotnie spostrzegłem coś szamocącego się; po chwili wysunęła się długa szyja i rozległ się przeraźliwy okrzyk. Drgnąłem. Mój towarzysz był chłodniejszy ode mnie.
— Już po nim! — rzekł. — Pochłonęło go bagno. Dwa źrebaki w dwa dni! Niebezpiecznie zapuszczać się na te trzęsawiska.
— Pan jednak przebywa je bez szwanku? — wtrąciłem.
— Tak; po długich wędrówkach znalazłem parę bezpiecznych ścieżek.
— Co panu zależało na przebyciu tych błot?
— Widzi pan te wzgórza w oddali? To jak wyspy odcięte od świata. Rosną tam rzadkie krzewy i fruwają niezwykłe motyle. Warto się trudzić po takie okazy.
— I ja spróbuję.
Spojrzał na mnie ze zdziwieniem.