— Może tak światło umieścił, że widać je tylko z tego punktu.
— Jak ci się zdaje: czy to stąd daleko?
— Półtorej mili, dwie najwyżej. O ile mogę zmiarkować, jest to w pobliżu Cleft Tor.
— Nie musi to być daleko, jeśli Barrymore co dzień zanosi tam żywność. Słuchaj, Watson, schwytam tego łotra!
I mnie ta sama myśl przeszła przez głowę. Wszak Barrymore nie wyjawił nam tajemnicy dobrowolnie, lecz pod naciskiem; nie byliśmy więc zobowiązani do sekretu, a to tym bardziej, że chodziło o łotra, wobec którego ustawały wszelkie względy współczucia. Obowiązkiem naszym było oddać go w ręce sprawiedliwości, uniemożliwić mu dalsze zbrodnie. Gdybyśmy go oszczędzili, mogliby to przypłacić życiem sąsiedzi, Stapletonowie na przykład.
Niepokój o nich wpływał zapewne na to postanowienie sir Henryka.
— Pójdę z tobą — oświadczyłem.
— A zatem bierz rewolwer i wdziewaj buty — (byliśmy obaj boso, żeby ciszej stąpać). — Im wcześniej wyruszymy, tym lepiej. Łotr może lada chwila zgasić światło i nie odszukamy go po nocy.
W pięć minut byliśmy już gotowi i wyruszyliśmy na ową niebezpieczną ekspedycję.
Noc była pochmurna, wilgotna, od czasu do czasu księżyc wyłaniał się spoza chmur, a gdyśmy doszli do bagna, począł kropić drobny deszczyk.