— Może nam dać radę sędzia Lincz — odparł brat Morris.
Słowa te przywitał okrzyk gniewu.
— Wystarczy, że kiwnę palcem — zawołał McGinty — a zjawi się tu dwustu ludzi, którzy oczyszczą całe miasto.
Potem, podnosząc głos i groźnie marszcząc potężne, czarne brwi, dodał:
— Bracie Morris, już od pewnego czasu mam cię na oku. Nie masz odwagi i próbujesz pozbawić jej innych. Będzie to dla ciebie fatalny dzień, bracie Morris, kiedy twoje nazwisko znajdzie się na porządku dziennym, i sądzę, że powinienem je już teraz zanotować.
Moris zbladł śmiertelnie i padł na krzesło, jakby nie mogąc utrzymać się na nogach. Podniósł drżącą ręką szklankę i wychylił ją, zanim zdobył się na odpowiedź.
— Przepraszam cię, czcigodny mistrzu, i przepraszam wszystkich braci w loży, jeśli powiedziałem więcej, niż było trzeba. Jestem wiernym członkiem, wiecie to wszyscy, i tylko obawa o lożę każe mi mówić w ten sposób. Ale ufam bardziej twojemu sądowi niż mojemu, czcigodny mistrzu, i przyrzekam, że to się więcej nigdy nie powtórzy.
Rysy mistrza wypogodziły się na te pełne pokory słowa.
— Bardzo dobrze, bracie Morris. Mnie samemu byłoby przykro, gdybyśmy musieli dać ci nauczkę, ale jak długo ja jestem mistrzem, w loży będzie panować jedność w słowach i w czynie. A teraz, chłopcy... — mówił dalej, rozglądając się po towarzystwie — powiem tyle, że gdyby Sanger dosłał to, na co w zupełności zasługuje, ściągnęlibyśmy na siebie ciężki kłopot. Ci redaktorzy trzymają się razem i wszystkie gazety w Stanach zaczęłyby wołać o policję i wojsko. Ale możecie mu dać porządną nauczkę. Może ty się tym zajmiesz, bracie Baldwinie?
— Oczywiście! — z zapałem zawołał młody człowiek.