— Niech cię diabli wezmą! — wrzasnął. — Kim jesteś, żeby się wtrącać?... Ty, nowicjusz w loży? Odsuń się!
Uniósł kij, ale McMurdo wydobył z kieszeni rewolwer.
— Ty się odsuń! — zawołał. — Rusz mnie, a wpakuję ci kulę. Mistrz nie pozwolił zabijać tego człowieka, a ty co robisz, próbujesz go zatłuc?
— Ma rację — zauważył jeden z mężczyzn.
— Pośpieszcie się! — zawołał Willaby z dołu. — W oknach pozapalały się światła i za pięć minut będziemy mieli na karku całe miasto.
Istotnie, na ulicy słychać było wołania, a w przedsionku na dole zebrała się grupka zecerów i łamaczy składu, gotowa wkroczyć w każdej chwili. Zbrodniarze zbiegli po schodach, pozostawiając na górze bezwładne, nieruchome ciało redaktora, i szybkim krokiem ruszyli ulicą. Po dojściu do Domu Związkowego niektórzy wmieszali się w tłum w barze McGinty’ego, szeptem przekazując Szefowi, że robota została wykonana. Inni, a wśród nich McMurdo, poszli bocznymi uliczkami i okrężną drogą wrócili do domów.
Rozdział XI. Dolina Trwogi
Kiedy McMurdo zbudził się nazajutrz rano, przypomniał sobie od razu swoje wstąpienie do loży. Głowa bolała go od wypitych trunków, a ramię w miejscu, gdzie je napiętnowano, było obrzękłe i gorące.
Mając własne, szczególne źródło dochodów, nie przejmował się godzinami pracy, zjadł zatem późno śniadanie i został przez cały ranek w domu, pisząc długi list do przyjaciela. Potem przeglądnął „Heralda”. W osobnej kolumnie, złożonej w ostatniej chwili, przeczytał: „Napad na redakcję »Heralda«. Redaktor ciężko ranny”. Był to krótki opis faktów, o których sam wiedział lepiej niż piszący. Kończył się stwierdzeniem:
Sprawa jest w ręku policji, ale nie należy się łudzić, aby jej wysiłki odniosły lepszy skutek niż dawniej. Kilku napastników rozpoznano i może da się im udowodnić winę.