— Nie, nie zawsze — zawołał gwałtownie Morris. — Cokolwiek się mówi, a nawet myśli, zdaje się docierać McGinty’ego.

— Zwracam panu uwagę — rzekł surowo McMurdo — że dopiero ubiegłej nocy, jak pan wie, przysiągłem wierność naszemu mistrzowi. Czy chce pan, abym złamał przysięgę?

— Jeśli tak pan na to patrzy — odrzekł Morris smutno — szkoda, że pana fatygowałem. Źle się dzieje, jeśli dwaj wolni obywatele nie mogą swobodnie rozmawiać o tym, co myślą.

McMurdo, który przyglądał się bacznie swojemu towarzyszowi, zmiękł na te słowa.

— Mówię tylko za siebie — powiedział. — Jestem tutaj nowy, jak pan wie, i nie orientuję się w tutejszych stosunkach. Nie moja to rzecz, panie Morris, zabierać głos w tej sprawie, ale jeśli ma mi pan coś do powiedzenia, słucham.

— I powtórzę mistrzowi McGinty’emu — rzekł Morris z goryczą.

— Jest pan niesprawiedliwy! — zawołał McMurdo. — Pozostanę lojalny wobec loży i zaznaczam to z góry, ale byłbym podły, gdybym powtórzył to, co mi pan powie w sekrecie. Ostrzegam jednak, proszę nie liczyć ani na moją pomoc, ani współczucie.

— Od dawna ich się nie spodziewam — rzekł Morris. — Oddaję się panu na łaskę i niełaskę, ale chociaż nie jest pan złym człowiekiem — ubiegłej nocy zdawało mi się, że chce pan jednak dorównać najgorszym z nich — wszystko to jest jeszcze dla pana nowe i dlatego nie może pan być jeszcze tak zepsuty jak inni. Dlatego postanowiłem z panem pomówić.

— I cóż chce mi pan powiedzieć?

— Jeśli mnie pan zdradzi, bodajby pan zginął.