— A zatem postanowione. Teraz pójdę do loży. Postaramy się niebawem, żeby stary Pinkerton mocno pożałował.

— Nie zabijecie tego człowieka, prawda?

— Im mniej pan będzie wiedział, tym spokojniejsze będzie pan miał sumienie i sen. Niech pan o nic nie pyta i pozostawi rzeczy ich losowi. Sprawą zajmę się sam.

Morris ze smutkiem potrząsnął głową przy pożegnaniu.

— Czuję, że mam jego krew na rękach — jęknął.

— Samoobrona w każdym razie nie jest morderstwem — rzekł McMurdo, uśmiechając się ponuro. — Albo on, albo my. Jestem przekonany, że ten człowiek zgubiłby nas wszystkich, gdyby został dłużej w dolinie. Bracie Morris, powinniśmy jeszcze wybrać cię mistrzem, bo zaprawdę uratowałeś lożę.

A jednak z jego działań było widać, że zapatrywał się na sprawę poważniej, niż można by było wnioskować z jego słów. Może chodziło o poczucie winy, może o sławę, jaką się cieszyła agencja Pinkertona, może też o świadomość, że potężne, bogate towarzystwa postawiły sobie za cel zniszczenie Grasantów — w każdym razie przystąpił do działania jak człowiek, który przygotowuje się na najgorsze. Przed wyjściem z domu zniszczył wszystkie papiery, które by go mogły skompromitować. Potem odetchnął z ulgą, bo wydało mu się, że jest już bezpieczny. Jednak myśl o niebezpieczeństwie musiała mu ciążyć, gdyż w drodze do loży zaglądnął do starego Shaftera. Wstęp do domu miał wzbroniony, ale kiedy zapukał do okna, Ettie wyszła na jego spotkanie. Z oczu jej kochanka zniknęły iskry niespokojnego irlandzkiego łobuzerstwa. Z poważnej twarzy wyczytała niebezpieczeństwo.

— Coś się stało! — zawołała. — Och, Jack, grozi ci niebezpieczeństwo!

— Nic wielkiego, moja najsłodsza. Ale może rozsądniej będzie, żebyśmy się ruszyli, zanim będzie gorzej.

— Ruszyli?