Niewiele już pozostaje do opowiedzenia. Scanlan otrzymał zapieczętowany list z poleceniem wręczenia go pannie Ettie Shafter — misję, której się podjął ze znaczącym uśmiechem. Wczesnym rankiem piękna kobieta i okryty po uszy mężczyzna wsiedli do specjalnego pociągu przysłanego przez Towarzystwo Kolei Żelaznych i nie zatrzymując się na żadnej stacji, wyjechali szybko z niebezpiecznego kraju. Ettie i jej ukochany pożegnali na zawsze Dolinę Trwogi. Dziesięć dni później pobrali się w Chicago, a stary Jakub Shafter był ich świadkiem.
Proces Grasantów odbył się daleko od miejsca, gdzie ich zwolennicy mogliby terroryzować stróżów prawa. Na próżno walczyli. Na próżno pieniądze loży — pieniądze wyciśnięte z całej okolicy przez zbrodnie — płynęły jak woda, żeby ich ocalić. Zimne, jasne, spokojne sprawozdanie człowieka, który znał każdy szczegół ich życia, ich organizację i ich przestępstwa, oparło się wszelkim wysiłkom obrońców. Nareszcie po tylu latach zostali złamani i rozbici. Chmury nad doliną pierzchnęły na zawsze. McGinty poniósł śmierć na szafocie, trzęsąc się i jęcząc, kiedy przyszła jego ostatnia godzina. Jego los podzieliło ośmiu przywódców. Pięćdziesięciu skazano na dłuższe lub krótsze więzienie. Dzieło Birdy’ego Edwardsa zostało zakończone.
A jednak, jak przypuszczał, gra się nie skończyła. Trzeba było znów wziąć w ręce karty, raz, drugi i trzeci. Ted Baldwin uniknął szafotu, tak samo obaj Willaby, uniknęło go również wielu najdzikszych bandytów. Przez dziesięć lat pozostawali za kratkami, ale przyszedł dzień, kiedy wypuszczono ich na wolność. Dzień, w którym, jak wiedział Edwards, skończy jego spokojne życie. Przysięgli na wszystkie świętości, że krwawo zemszczą się na nim za śmierć towarzyszy. I nie ociągali się z wypełnieniem ślubowania. Po dwóch zamachach, tak bliskich powodzenia, że na trzeci nie chciał już czekać, McMurdo musiał uciekać z Chicago. Pod zmienionym nazwiskiem wyjechał do Kalifornii i tam zgasło światło jego życia, gdy zmarła Ettie Edwards. Po raz kolejny omal go nie zabito i po raz kolejny, pod nazwiskiem Douglas, pracował w odludnym kanionie, gdzie wraz z angielskim wspólnikiem Barkerem dorobił się znacznej fortuny. W końcu otrzymał ostrzeżenie, że ogary znowu wpadły na jego trop i umknął — w samą porę — do Anglii. Tu John Douglas, który po raz drugi znalazł sobie dobrą żonę, osiadł i żył przez pięć lat jako ziemianin w Sussex, życiem, którego zakończeniem były znane już nam tajemnicze wydarzenia.
Epilog
Śledztwo skończyło się i sprawa Johna Douglasa przeszła do sądu. Przysięgli uwolnili go od winy i kary, uznając, że działał w obronie własnej. „Niech go pani za wszelką cenę wywiezie z Anglii — pisał Sherlock Holmes do jego żony. — Działają tu siły może groźniejsze od tych, którym się wymknął. Małżonek pani w Anglii będzie w ciągłym niebezpieczeństwie”.
Minęły dwa miesiące i sprawa powoli zatarła się nam w pamięci. Potem pewnego ranka przyszedł zagadkowy list. „O Boże, panie Holmes! O Boże!”, głosiła tajemnicza kartka. Nie było na niej ani podpisu, ani nagłówka. Roześmiałem się na tę dziwną wiadomość, ale Holmes przyjął ją niezwykle poważnie.
— Paskudna sprawa! — zauważył i siedział długo z zachmurzonym czołem.
Późnym wieczorem nasza gospodyni, pani Hudson, przekazała, że jakiś pan chce się widzieć z Holmesem i że sprawa jest niezwykle ważna. Zaraz za nią w drzwiach zjawił się pan Cecil Barker, nasz znajomy z otoczonego fosą dworu. Twarz miał ściągniętą i wymizerowaną.
— Otrzymałem złą wiadomość, straszliwą wiadomość, panie Holmes — rzekł.
— Dostał pan telegram?