— Na pewno.

— Też tak myślę. Ci przeklęci Grasanci, to diabelskie gniazdo mściwych zbrodniarzy...

— Nie, nie, drogi panie — rzekł Holmes. — Tu znać rękę mistrza. Nie ma tu ani obciętych strzelb, ani niezdarnych sześciostrzałowców. Poznać starego mistrza po jego robocie. Wiem, że to dzieło Moriarty’ego. Nad wykonaniem zbrodni czuwał Londyn, nie Ameryka.

— Ale z jakiego powodu?

— Ponieważ dokonał jej człowiek, który nie może sobie pozwolić na porażkę, którego cała wyjątkowa pozycja zależy od tego, że wszystko, co robi, musi zakończyć się sukcesem. Wielki mózg i potężna organizacja sprzysięgły się na zgubę jednego człowieka. To jak rozbicie orzeszka młotem do kucia — absurdalna strata energii, ale w rezultacie orzeszek został zmiażdżony.

— Jak to się stało, że ten człowiek się tym zajął?

— Mogę tylko powiedzieć, że pierwsze słowo w tej sprawie przysłał nam jeden z jego pomocników. Dobrze doradzono tym Amerykanom. Mając wykonać robotę w Anglii, weszli w spółkę, jak zrobiłby każdy przestępca-obcokrajowiec, z tym wielkim doradcą w sprawach zbrodni. Od tej chwili los ich ofiary był przypieczętowany. Na początku zadowolił się skorzystaniem ze swojej organizacji, aby znaleźć Douglasa. Potem udzielił wskazówek, jak należy działać. W końcu, kiedy wyczytał o nieudanym zamachu, wkroczył sam. Słyszał pan, jak ostrzegałem Douglasa we dworze Birlstone, że nadchodzące niebezpieczeństwo jest groźniejsze od poprzednich. Czy nie miałem racji?

Barker w bezsilnym gniewie uderzył się pięścią w głowę.

— I pan chce, żebyśmy cierpliwie czekali? Mówi pan, że nikt nigdy nie dorówna temu królowi zbrodni?

— Nie, tego nie mówię — rzekł Holmes, a jego oczy zdawały się spoglądać daleko w przyszłość. — Nie mówię, że nie można go pokonać. Ale musi mi pan dać czas, musi mi pan dać czas.