— Zapewne, to dziwne. Ale jaki stąd wniosek?

— Że nie chce, aby mówiono o jego bogactwie. Nikt nie powinien wiedzieć, ile naprawdę posiada. Nie wątpię, że ma konto w dwudziestu bankach, główny majątek zaś na kontynencie, w Deutsche Bank albo Crédit Lyonnais18. Jeśli mógłby pan kiedyś poświęcić rok czy dwa, polecam panu przestudiowanie sprawy profesora Moriarty’ego.

Inspektor w miarę rozmowy stawał się coraz poważniejszy. Był głęboko zainteresowany. Ale jego praktyczny, szkocki umysł nakazał mu wrócić do właściwej sprawy.

— W każdym razie może poczekać — rzekł. — Odwrócił pan moją uwagę interesującymi anegdotkami, panie Holmes. Co mnie naprawdę obchodzi, to tylko pańska wzmianka, że istnieje jakiś związek między profesorem a tą zbrodnią. Dowiedział się pan o tym z ostrzeżenia, które panu przysłał ten Porlock. Czy możemy wyciągnąć z tego jakieś praktyczne wnioski?

— Możemy wyrobić sobie pewien pogląd na motywy zbrodni. Jest to, o ile wnoszę z pańskich pierwszych słów, zagadkowe, a przynajmniej niewyjaśnione morderstwo. Otóż przyjmując, że znamy źródło przestępstwa, jego motywy mogą być dwojakiego rodzaju. Przede wszystkim muszę zaznaczyć, że Moriarty rządzi swoimi ludźmi żelazną ręką. Zaprowadził straszliwą dyscyplinę. Jego kodeks uznaje tylko jedną karę. Jest nią śmierć. Można by przypuścić, że zamordowany - ten Douglas, którego bliski los znany był jednemu z podwładnych tego arcyzbrodniarza — zdradził w jakiś sposób swojego szefa. Spotkała go kara, o której dowiedzą się wszyscy inni, choćby tylko dla wzbudzenia w nich strachu przed śmiercią.

— Dobrze, to jedno przypuszczenie, panie Holmes.

— Drugie, że zbrodnia popełniona została na zlecenie Moriarty’ego w zwykłym toku jego działalności. Czy stwierdzono kradzież?

— Nie słyszałem.

— W tym wypadku przemawiałoby to, oczywiście, przeciw pierwszej hipotezie, a za drugą. Moriarty mógł zaplanować zbrodnię za obietnicę udziału w zysku albo kierować nią za z góry ustaloną zapłatę. Jedno i drugie jest możliwe. Jakkolwiek się jednak sprawa ma albo czy nie zachodzi jeszcze jakaś trzecia kombinacja, wyjaśnień musimy szukać w Birlstone. Zbyt dobrze znam tego człowieka, aby się łudzić, że pozostawił tu jakiś ślad, który mógłby nas do niego zaprowadzić.

— A zatem do Birlstone! — zawołał MacDonald, zrywając się z krzesła. — Słowo daję! Jest później, niż myślałem. Daję panom pięć minut na przygotowanie się do drogi, nie więcej.