— O której godzinie go podniesiono?

— Około szóstej — odpowiedział Ames.

— Słyszałem — rzekł sierżant — że zwykle podnoszono go o zachodzie słońca. O tej porze roku byłoby to raczej o wpół do piątej niż o szóstej.

— Pani Douglas miała gości na herbacie — powiedział Ames. — Nie mogłem go podnieść, zanim odeszli. Potem zająłem się tym sam.

— W takim razie — stwierdził sierżant — jeśli ktoś dostał się z zewnątrz, musiał przejść przez most przed szóstą i pozostać w ukryciu do czasu, kiedy pan Douglas wszedł do pokoju po jedenastej.

— Tak jest. Pan Douglas co noc przed pójściem spać obchodził cały dom dokoła, a potem wracał, aby się przekonać, czy światła pogaszone. To go tu sprowadziło. Ten człowiek czekał na niego i go zastrzelił. Potem uciekł przez okno, pozostawiając swoją strzelbę. Tak mi się zdaje i jedynie to tłumaczy fakty.

Sierżant podniósł kartkę leżącą na podłodze obok trupa. Nabazgrano na niej atramentem inicjały D. V., a pod nimi liczbę 341.

— Co to takiego? — zapytał, trzymając kartkę.

Barker spojrzał na nią z ciekawością.

— Nigdy przedtem jej nie widziałem — rzekł. — Pewnie morderca ją zostawił.