— Nie wiem, panie Holmes. Może był tylko jeden. Nie widziałem ich od miesięcy.
— Jeden ciężarek... — zaczął Holmes poważnym tonem, ale przerwało mu gwałtowne pukanie do drzwi.
Do środka zajrzał wysoki, ogorzały, gładko ogolony mężczyzna o inteligentnym wyglądzie. Nietrudno było zgadnąć, że to Cecil Barker, o którym nam już mówiono. Jego przenikliwe oczy spoglądały pytająco, gdy przenosił wzrok z jednej twarzy na drugą.
— Przepraszam, że panom przerywam — rzekł — ale chciałem, żeby panowie usłyszeli nowinę.
— Aresztowanie?
— Nie, niestety nie. Ale znaleziono jego rower. Ten człowiek zostawił rower. Niech panowie przyjdą i zobaczą. Leży o sto jardów32 od wejścia.
Zastaliśmy kilku stajennych i gapiów oglądających rower, który wydobyto z krzaków, gdzie był schowany. Był to mocno wysłużony Rudge-Whitworth, obłocony jak po dalekiej podróży. Miał przy siodełku torbę z kluczem do nakrętek i oliwiarką, ale nic nie wskazywało na właściciela.
— Byłoby wielką pomocą dla policji — rzekł inspektor — gdyby rower był opatrzony numerem i zarejestrowany. Ale trzeba się zadowolić tym, co mamy. Jeśli nie wiemy, dokąd się udał, dowiemy się przynajmniej, skąd przybył. Ale czemu porzucił rower? I jak uciekł bez niego? Nie mamy dotąd żadnych wskazówek, panie Holmes.
— Naprawdę? — z zadumą odpowiedział mój przyjaciel.