Barker zbladł, a jego wielkie, silne dłonie zacisnęły się konwulsyjnie.
— Pan nie ma prawa stawiać takich pytań! — zawołał. — Co to ma wspólnego ze śledztwem?
— Ponawiam pytanie.
— A ja odmawiam odpowiedzi.
— Może pan odmówić odpowiedzi, ale proszę sobie uprzytomnić, że pańska odmowa jest równoznaczna z odpowiedzią, gdyż nie odmawiałby pan, gdyby nie miał pan nic do ukrycia.
Barker stał chwilę z groźną twarzą i wielkimi, czarnymi brwiami zmarszczonymi w głębokiej zadumie. Potem spojrzał na nas z uśmiechem.
— Rozumiem, że panowie spełniacie w każdym razie tylko swój obowiązek i że nie mogę wam robić trudności. Proszę tylko, abyście na ten temat nie mówili z panią Douglas, bo ma i tak dosyć zmartwień. Muszę panom oświadczyć, że biedny Douglas miał tylko jedną wadę: był zazdrosny. Lubił mnie, nikt nie mógłby bardziej lubić swojego przyjaciela. I kochał bardzo swą żonę. Chętnie przyjmował mnie u siebie i zawsze po mnie posyłał. A jednak często, kiedy rozmawiałem z jego żoną i kiedy dostrzegł, jak mu się zdawało, jakieś odznaki sympatii, ogarniała go fala zazdrości, nie mógł zapanować nad sobą i mówił, co mu ślina na język przyniosła. Niejednokrotnie z tej właśnie przyczyny zarzekałem się, że nigdy więcej się u niego nie pojawię, ale wówczas przysyłał mi błagalne listy z wyrazami skruchy, tak że musiałem dać się przeprosić. Ale zapewniam panów, że żaden mąż nie miał równie kochającej go i wiernej żony... oraz, mogę to o sobie powiedzieć, równie oddanego przyjaciela.
Powiedział to z zapałem i szczerze, ale inspektor MacDonald nie był, zdaje się, przekonany.
— Czy wie pan — rzekł — że zamordowanemu zdjęto obrączkę z palca?
— Tak by się zdawało.