— Dobrze, ale mam jednak nadzieję, że chluba, usprawiedliwienie i cała reszta nadejdą, zanim się śmiertelnie przeziębimy — rzekł detektyw z Londynu z komiczną rezygnacją.

Mieliśmy słuszny powód podzielać tę nadzieję, gdyż nasze czuwanie było długie i przykre. Ciemności otulały z wolna długi, ponury dom. Zimny, wilgotny powiew od fosy przemroził nas do kości, tak że szczękaliśmy zębami. Nad bramą paliła się pojedyncza lampa, a w fatalnym gabinecie widniała kula silnego światła. Poza tym wszędzie spokój i cisza.

— Jak długo to będzie trwało? — zapytał nagle inspektor. — I na co właściwie czekamy?

Holmes odparł trochę szorstko.

— Gdyby przestępcy zawsze działali według harmonogramów jak pociągi, byłoby to z pewnością wygodniejsze dla nas wszystkich. A co do tego, na co... to właśnie to, na co czekamy!

Kiedy wymawiał te słowa, na jasnym, żółtawym tle świetlnym w gabinecie zamigotał cień, jakby ktoś przeszedł przez pokój. Krzaki laurowe, w których leżeliśmy ukryci, rosły na wprost okna, nie dalej niż sto stóp od niego. Okno otworzyło się teraz z pewnym zgrzytem i zobaczyliśmy mglisty zarys głowy i barków mężczyzny, który spoglądał w ciemność. Przez kilka minut wpatrywał się w nią niepewnym, podejrzliwym wzrokiem, jak ktoś pragnący się upewnić, że nikt go nie widzi. Potem pochylił się i w zupełnej ciszy usłyszeliśmy plusk wody. Poruszał wodę w fosie jakimś przedmiotem trzymanym w ręce. Potem coś wyłowił, jak rybak wyciągający rybę, jakiś wielki, okrągławy ciężar, który zasłonił światło, kiedy go przeciągnął przez otwarte okno.

— Teraz! — krzyknął Holmes. — Teraz!

Zerwaliśmy się wszyscy na nogi i popędziliśmy za nim, na ile pozwalały nam zdrętwiałe nogi, podczas gdy on w jednym z tych przypływów energii, która w odpowiednim czasie czyniła z niego najsilniejszego i najruchliwszego człowieka, jakiego znałem, przebiegł przez most i gwałtownie zadzwonił. Dał się słyszeć zgrzyt odsuwanej zasuwy i u wejścia stanął zdumiony Ames. Holmes odsunął go na bok bez słowa i razem z nami wpadł do pokoju, w którym widzieliśmy mężczyznę. Światło widoczne z zewnątrz pochodziło ze stojącej na stole lampy naftowej. Cecil Barker trzymał ją teraz w ręku i wyciągnął ku nam, kiedy weszliśmy. Jej światło padało na jego męską, odważną, gładko ogoloną twarz i groźne oczy.

— Cóż to, u diabła, ma znaczyć? Czego szukacie?!

Holmes rozejrzał się szybko dokoła. Jego wzrok padł na pokryte szlamem, obwiązane sznurem zawiniątko, które leżało pod biurkiem.