Trzymał ją do światła, przesuwając po niej długimi, szczupłymi palcami.
— Tu, jak panowie widzą, mamy wewnętrzną kieszeń, przedłużoną w taki sposób, aby się w niej zmieściła ucięta strzelba. Na kołnierzu metka krawiecka: „Neale, Vermissa, USA”. Spędziłem po południu kilka godzin w bibliotece proboszcza i poszerzyłem swoje wiadomości przez stwierdzenie, że Vermissa jest małym, kwitnącym miasteczkiem w Stanach Zjednoczonych, w głębi jednej z najważniejszych dolin bogatych w żelazo i węgiel. Przypomniałem sobie, panie Barker, że według pana istnieje jakiś związek między zagłębiami węglowymi i pierwszą żoną pana Douglasa. Nie byłby to zatem zbyt daleko posunięty wniosek, że litery „D. V.” na kartce znalezionej przy zwłokach mają oznaczać „Dolina Vermissy” i że ta właśnie dolina, z której wyruszyli zabójcy, jest Doliną Trwogi, o której słyszeliśmy. To jasne. A teraz oczekujemy wyjaśnień z pańskich ust, panie Barker.
Warto było zobaczyć wyrazistą twarz Cecila Barkera podczas tej przemowy wielkiego detektywa. Kolejno pojawiały się na niej gniew, zdumienie, konsternacja i niepewność. W końcu uciekł się do cierpkiej ironii.
— Pan wie tak wiele, panie Holmes, że może pan nam powiedzieć jeszcze więcej — rzekł z przekąsem.
— Nie wątpię, że mógłbym powiedzieć więcej, ale wolałbym, panie Barker, aby mnie pan wyręczył.
— Tak pan sądzi? Otóż mogę co najwyżej powiedzieć, że jeśli jest tu jakaś tajemnica, to nie moja i nie mogę jej wyjawić.
— Jeśli pan tak stawia sprawę, panie Barker — rzekł spokojnie inspektor — to będziemy mieli pana na oku aż do nadejścia nakazu aresztowania.
— Mogą panowie robić, co chcą — odparł Barker wyzywająco.
Zdawało się, że nic więcej nie uzyskamy, gdyż jeden rzut oka na jego granitową twarz przekonywał, że żadna ludzka siła nie zdołałaby zmienić jego postanowienia. Ciszę przerwał jednak kobiecy głos. Pani Douglas, która stała w uchylonych drzwiach, przysłuchując się, weszła teraz do pokoju.
— Dosyć już dla nas zrobiłeś, Cecilu — rzekła. — Cokolwiek z tego wyniknie, zrobiłeś już dosyć.