— I co z tego? — odparł kwaśnym tonem McMurdo.

— Radziłbym tylko ostrożnie dobierać przyjaciół. Nie zaczynałbym na pańskim miejscu od Mike’a Scanlana i jego bandy.

— Co, u diabła, obchodzą pana moi przyjaciele? — ryknął McMurdo takim tonem, że zwróciły się ku niemu wszystkie głowy w wagonie. — Czy prosiłem o radę? Czy wyglądam na takiego dzieciaka, że się bez niej nie ruszę? Niech pan się nie odzywa z radami, jak pana nie proszą, a Bóg jeden wie, że jeśli o mnie chodzi, możesz pan długo czekać.

Zwrócił się twarz ku policjantom i wpatrywał się w nich z wyszczerzonymi zębami jak warczący pies.

Ich zaś, ociężałych, dobrodusznych ludzi zaskoczyła niezwykła porywczość, z jaką odrzucił ich życzliwą radę.

— Nie ma się o co obrażać — powiedział jeden z nich. — Ostrzegaliśmy dla pańskiego dobra, bo sam pan mówił, że jest pan tu obcy.

— Jestem obcy, ale znam was i wam podobnych — zawołał rozwścieczony McMurdo. — Wszędzie wścibiacie nos swój, chociaż nikt was o to nie prosi.

— Kto wie, czy wkrótce nie poznamy się bliżej — odparł z uśmiechem jeden z policjantów. — Niezły z ciebie ptaszek, jeśli się nie mylę.

— I ja tak sądzę — zauważył drugi. — Myślę, że się jeszcze spotkamy.

— Nie boję się was — zawołał McMurdo. — Nazywam się John McMurdo. Znajdziecie mnie w każdej chwili u Jakuba Shaftera na Sheridan Street w Vermissie. Nie mam zamiaru się przed wami ukrywać. Czy w dzień, czy w nocy, spojrzę wam w twarze. Bądźcie tego pewni.