— Nienawidzić cię, Jack? Nigdy w życiu. Słyszałam, że gdzie indziej bycie Wolnym Człowiekiem to nic złego, że tylko tutaj jest inaczej, dlaczego więc miałabym o tobie źle sądzić? Jeśli jednak jesteś jednym z nich, Jack, dlaczego nie pójdziesz i nie zyskasz przychylności McGinty’ego? Och, śpiesz się, Jack, śpiesz się! Musisz się z nim rozmówić, inaczej te psy rzucą się na ciebie.

— I ja tak myślę — rzekł McMurdo. — Pójdę tam teraz i załatwię całą sprawę. Powiedz swojemu ojcu, że dzisiaj jeszcze tu przenocuję, a rano znajdę sobie inną kwaterę.

Bar McGinty’ego był jak zwykle zatłoczony, gdyż tu najchętniej zbierały się najgorsze szumowiny miasta. Właściciel był człowiekiem popularnym ze względu na swoje szorstkie, jowialne usposobienie, które stanowiło maskę, skrywającą wiele rzeczy. Pominąwszy jednak tę popularność, lęk, jaki budził w całym mieście i w długiej na trzydzieści mil dolinie, a nawet za górami, wystarczał, żeby zapełnić lokal, gdyż nikt nie ośmielał się lekceważyć jego gościny.

Poza tą tajną władzą, z której, jak powszechnie sądzono, korzystał w bezwzględny sposób, zajmował także wysokie stanowiska publiczne. Był radcą miejskim i pełnomocnikiem do spraw komunikacji, wybranym głosami bandytów, którym odwdzięczał się z kolei w rozmaity sposób. Podatki i opłaty były olbrzymie, o sprawy publiczne nikt nie dbał, przekupieni urzędnicy sprzeniewierzali dochody, a uczciwy obywatel musiał opłacać złodziei publicznego dobra i trzymać język za zębami z obawy, by nie spotkało go coś gorszego. I tak z roku na rok brylantowe szpilki od krawata McGinty’ego coraz bardziej rzucały się w oczy, jego złoty łańcuch stawał się coraz cięższy na coraz obszerniejszej kamizelce, a jego knajpa coraz bardziej się rozrastała się, aż w końcu niemal pochłonęła całą stronę rynku.

McMurdo pchnął wahadłowe drzwi baru. Torował sobie drogę przez tłum w sali wypełnionej dymem tytoniowym i wyziewami alkoholu. Lokal był jasno oświetlony, a wielkie, ciężkie, pozłacane lustra na wszystkich ścianach odbijały i uwydatniały wspaniałość iluminacji. Barmani z podwiniętymi rękawami krzątali się, przyrządzając napitki dla gości, którzy tłoczyli się do szerokiej, okutej grubą blachą lady. Na jej końcu, wsparty o nią całym ciałem, z cygarem w kącie ust, stał rosły, silny, dobrze zbudowany mężczyzna, który mógł być tylko sławnym McGintym. Był to czarnogrzywy olbrzym, z brodą zachodzącą aż za policzki i kruczą czupryną, która spadała mu na kołnierz. Cerę miał smagłą jak Włoch, a jego oczy miały dziwny, martwy, czarny kolor, co w związku z lekkim zezem nadawało im złowrogi wyraz. Poza tym wszystko w tym człowieku — jego szlachetna postać, regularne rysy i otwartość — zgadzało się z jowialnymi manierami, które przybrał. Oto, powiedziałbyś, człowiek prosty, uczciwy, który ma prawe serce, chociaż czasem mogą mu się wymknąć szorstkie słowa. Dopiero kiedy martwe, czarne oczy, głębokie i bezlitosne, spoczęły na rozmówcy, pojmował on, że stoi twarzą w twarz z ucieleśnieniem zła, wspartym siłą, odwagą i chytrością, które czyniły je tysiąckroć straszliwszym.

Przypatrzywszy się mu dokładnie, McMurdo utorował sobie do niego drogę łokciami z wrodzoną sobie bezwzględną śmiałością i przecisnął się przez grupkę pochlebców, którzy otaczali wszechpotężnego Szefa i rechotali na całe gardło z jego najdrobniejszych żartów. Bystre, szare oczy młodego nieznajomego spoglądały nieustraszenie przez okulary w matowe, czarne oczy, które groźnie zwróciły się ku niemu.

— Nie przypominam sobie pana, młodzieńcze.

— Jestem tu obcy, panie McGinty.

— Ale powinien pan przynajmniej wiedzieć, jaki noszę tytuł.

— To radca McGinty, młody człowieku — odezwał się ktoś z grupki.