— Ach, więc to tak? — rzekł. — Cóż, muszę przyjrzeć się temu bliżej, panie...

— McMurdo.

— Trochę bliżej, panie McMurdo, bo w tych stronach nie ufamy ludziom tak łatwo ani nie wierzymy we wszystko, co mówią. Chodźmy tu na chwilę, za bar!

Był tam mały pokoik z rzędami beczek. McGinty zamknął ostrożnie drzwi, po czym usiadł na jednej z nich, gryząc cygaro i przyglądając się młodzieńcowi swoimi niepokojącymi oczyma. Przez kilka minut siedział w zupełnym milczeniu.

McMurdo zniósł te oględziny z humorem, trzymając jedną rękę w kieszeni, drugą podkręcając brązowego wąsa. Nagle McGinty pochylił się i wyciągnął groźnie wyglądający rewolwer.

— Przypatrz się tu, żartownisiu — rzekł. — Gdybym przypuszczał, że szykujesz nam jakiś kawał, nie robiłbym z tobą ceremonii.

— Dziwne przywitanie — odpowiedział McMurdo z godnością — jak na mistrza loży w stosunku do nieznanego brata.

— Owszem, ale tego właśnie masz dowieść, że jesteś bratem — rzekł McGinty — i niech Bóg cię ma w opiece, jeśli nie zdołasz. Gdzie cię wtajemniczano?

— W loży 29, w Chicago.

— Kiedy?