— Cóż więc poczniemy? — spytałem, gdy wylądowaliśmy w pobliżu więzienia Millbank51.

— Weźmiemy dorożkę, pojedziemy do domu, zjemy śniadanie i prześpimy się z godzinkę. Bardzo możliwe, że będziemy musieli dzisiejszą noc spędzić jeszcze przy pracy. Stańcie przed urzędem pocztowym — zwrócił się do woźnicy. — Zatrzymamy Toby’ego, może nam się jeszcze przydać.

Stanęliśmy przed pocztą na Great Peter Street, skąd Holmes wysłał depeszę.

— Jak ci się zdaje, do kogo telegrafowałem? — spytał, gdy ruszyliśmy dalej.

— Nie mam pojęcia.

— Pamiętasz oddział policji śledczej z Baker Street, którym posługiwałem się w sprawie Jeffersona Hope’a?

— Pamiętam.

— Otóż w obecnym wypadku mogą się okazać użyteczni. Jeśli mi się nie uda, mam inne środki, ale najpierw spróbuję ich pomocy. Wysłałem depeszę do tego małego, umorusanego łobuziaka, Wigginsa, i liczę, że będzie u nas ze swoją bandą, zanim zdążymy zjeść śniadanie.

Była już blisko dziewiąta i zacząłem odczuwać silną reakcję po wrażeniach nocnych. Noga mi dokuczała, utykałem, ogarnęło mnie znużenie, miałem umysł mętny, a ciało zmęczone. Nie ożywiał mnie, jak Holmesa, zawodowy zapał, nie mogłem też traktować sprawy jedynie abstrakcyjnie. O Bartholomeusie Sholto słyszałem tak mało dobrego, że nie czułem bynajmniej wielkiej antypatii do jego morderców. Ze skarbem wszakże miało się inaczej. Co najmniej jego część należała do miss Morstan i dopóki istniała jakakolwiek szansa odzyskania go, byłem gotów poświęcić życie dla tego celu. Prawda, że gdybym odnalazł skarb, miss Morstan stałaby się dla mnie na zawsze niedostępna. Ale marna i samolubna byłaby miłość ulegająca wpływom podobnych myśli. Jeśli Holmes mógł pracować nad wykryciem przestępców, mnie stokroć silniejsze powody pobudzały do odszukania skarbu.

Powróciłem do domu. Kąpiel orzeźwiła mnie zupełnie. Gdy zeszedłem na śniadanie, Holmes nalewał kawę.