— Nie. Jest u siebie — Zniżyła głos do tajemniczego szeptu. — Wie pan, boję się o niego...

— Dlaczego?

— Bo pan Holmes jest dzisiaj taki jakiś dziwny. Po wyjściu pana chodził i chodził z dołu na piętro, z góry na dół, do uprzykrzenia. Potem słyszałam, jak mówił coś do siebie i mruczał, a po każdym dzwonku wychodził na schody i pytał: „Co tam?”. Teraz zatrzasnął drzwi swojego pokoju i słyszę znów, jak chodzi nieustannie. Oby się nie rozchorował! Odważyłam się wspomnieć o jakimś środku uspokajającym, ale spojrzał na mnie takim wzrokiem, że czym prędzej wyszłam z pokoju.

— Myślę, że się pani zbytecznie niepokoi. Nieraz go takim widywałem. Ma ważną sprawę, stąd taki rozdrażniony.

Starałem się mówić do naszej gospodyni najspokojniejszym tonem, lecz sam się niepokoiłem, kiedy budząc się kilka razy w nocy, cały czas słyszałem głuchy odgłos jego kroków. Wiedziałem dobrze, jak zadręczała go mimowolna bezczynność.

Nazajutrz rano spotkaliśmy się przy śniadaniu. Był blady, oczy miał zapadnięte, na policzkach gorączkowe wypieki.

— Czego się tak dręczysz, mój drogi? — spytałem. — Słyszałem twoje kroki po nocy.

— Nie mogłem spać. Gnębi mnie ta przeklęta sprawa. Niesłychana rzecz, żeby taka głupia przeszkoda właziła w drogę, gdy wszystko już pokonane! Wiem, co to za ludzie, jaka łódź, wiem wszystko, a mimo to nie mogę ich ująć. Puściłem w ruch wszystkich pomocników i zastosowałem wszelkie środki, jakimi rozporządzam. Całą rzekę przeszukano z obu stron, ale o naszych ptaszkach ani słychu. Pani Smith również nie miała żadnej wiadomości od męża. Gotów jestem przypuścić, że łotry zatopili gdzieś tę całą motorówkę!

— Albo... że pani Smith dała nam fałszywe wskazówki.

— Nie, to wykluczone. Przeprowadziłem śledztwo; istnieje łódź motorowa zgodna z jej opisem.