Udać się natychmiast na Baker Street — czytałem. — Jeśli mnie jeszcze nie będzie, czekać. Jestem na tropie zabójców Sholta. Może pan towarzyszyć nam dziś wieczorem, jeśli zechce pan uczestniczyć w zakończeniu.
— Niezła nowina. Widocznie odnalazł ślad — rzekłem.
— Aha, więc i on się pomylił! — zawołał Jones z widocznym zadowoleniem. — Nawet najbystrzejszy niekiedy błądzi. Oczywiście i to może się okazać fałszywym alarmem, ale obowiązkiem moim jako przedstawiciela prawa jest nie opuszczać żadnej sposobności. Ktoś idzie, jeśli się nie mylę. Może Holmes.
Istotnie na schodach rozlegał się odgłos ciężkich kroków i sapanie astmatyka. Idący zatrzymywał się w drodze, ale w końcu zapukał i wszedł. Wygląd jego odpowiadał w zupełności odgłosom, jakie nas dobiegały. Przybyły był człowiekiem w podeszłym wieku, ubranym po marynarsku w starą kurtkę zapiętą pod szyję. Plecy miał zgarbione, kolana uginały się pod nim, oddychał z trudnością. Przystanął, oparł się na grubej dębowej lasce i z wysiłkiem wciągał powietrze. Na szyi miał kolorowy szalik, którym osłonił dolną część twarzy i podbródek, tak że z wyjątkiem bystrych oczu pod krzaczastymi, siwymi brwiami i długich siwych bokobrodów niewiele było widać. Zrobił na mnie wrażenie solidnego starszego marynarza, który zubożał.
— Czego chcecie, przyjacielu? — spytałem.
Obejrzał się z wolna dokoła, jak zwykle robią ludzie starzy.
— Czy pan Holmes w domu? — zapytał.
— Nie, ale ja go zastępuję. Możecie mi powiedzieć, o co wam chodzi.
— Mam to powiedzieć samemu panu Holmesowi — rzekł.
— Ależ mówię, że go zastępuję. Czy to w sprawie statku Mordechaja Smitha?