Z widoczną złością, nachmurzony, stary usiadł na sofie i wsparł głowę na dłoniach. Zapaliliśmy cygara i powróciliśmy do przerwanej rozmowy. Nagle w pokoju rozległ się głos Holmesa.

— Moglibyście mnie poczęstować cygarem.

Porwaliśmy się na równe nogi. Holmes siedział wielce ubawiony.

— Holmes! — zawołałem. — Skąd się tu wziąłeś? Gdzie ten stary?

— Masz go tu — rzekł, pokazując mi pęk siwych włosów. — Peruka, bokobrody, brwi... wszystko. Wiedziałem, że przebranie jest niezłe, ale ani przypuszczałem, że wytrzyma taką próbę.

— Figlarz z pana! — zawołał Jones zachwycony. — Byłby z pana ładny kawał aktora! Naśladować tak znakomicie kaszel starowiny z przytułku! A pańskie sfatygowane nogi też świetnie były zrobione! Zdaje mi się jednak, że poznałbym pana po tym błysku w oczach. Ale co, przekonał się pan, że niełatwo nam uciec.

— Pracowałem w tym przebraniu cały dzień — rzekł Holmes, zapalając cygaro. — Zaczynają mnie już rozpoznawać w przestępczym światku, zwłaszcza od czasu, jak doktor Watson zabrał się do opisywania niektórych moich spraw. Tylko w przebraniu mogę jeszcze jako tako pracować. Otrzymał pan depeszę?

— Otrzymałem. Dlatego przyszedłem.

— No i cóż tam słychać z pańskim śledztwem?

— Kiepsko, po prostu... nici. Musiałem zwolnić dwóch aresztowanych, a przeciw dwóm pozostałym brak mi dowodów.