— A no, cóż robić, jest pan panem sytuacji. Nie miałem jeszcze dowodów istnienia tego Jonathana. Jeśli jednak pan go złapie, nie będę mógł panu zabronić pomówienia z nim.
— A więc rzecz załatwiona?
— Najzupełniej. Ma pan jeszcze jakieś życzenia?
— Jeszcze jedno: zjedzmy razem obiad. Będzie gotów za pół godziny. Mam ostrygi, cietrzewie i niezłe wino... Watsonie, nie miałeś nigdy okazji docenić moich zalet jako gospodarza.
X. Śmierć wyspiarza
Obiad upływał nam wesoło. Holmes rozmawiał zajmująco. Był widocznie podniecony nerwowo. Nie widziałem go jeszcze w tak świetnym humorze. Mówił o wszystkim: o garncarstwie, teatrze, skrzypcach Stradivariusa54, buddyzmie, okrętach wojennych przyszłości — i to z taką znajomością rzeczy, jakby każdy przedmiot specjalnie studiował. Humor jego był reakcją po dotychczasowym przygnębieniu.
Athelney Jones spożywał obiad z miną smakosza. Okazało się, że jest dobrym kompanem w chwilach wolnych od zawodowych zajęć. Co do mnie, na myśl, że zbliżamy się ku końcowi zadania, ogarniało mnie podniecenie. Udzieliła mi się po trosze wesołość Holmesa. Żaden z nas nie wspominał ani słówkiem o sprawie.
Gdy sprzątnięto ze stołu, Holmes spojrzał na zegarek i podał trzy szklanki portweinu55.
— Za powodzenie wyprawy — rzekł. — Najwyższy czas ruszyć już w drogę. Watsonie, masz pistolet?
— Mam w biurku stary służbowy rewolwer.