— Słyszałam, jak zajechała dorożka — rzekła. — Myślałam, że to pani Forrester wraca tak wcześnie... Nie przeszło mi nawet przez głowę, że to pan. Co słychać?

— Przynoszę pani więcej niż zwykle — rzekłem, stawiając szkatułkę na stole. Mówiłem tonem przesadnie wesołym, choć serce ciążyło mi jak ołów. — Przynoszę pani coś, co warte jest więcej niż wszelkie nowiny. Przynoszę pani majątek!

Spojrzała na żelazną szkatułkę.

— A więc to jest ten skarb? — spytała dość obojętnie.

— Tak, to wielki skarb Agry. Połowa należy do pani, połowa do Thaddeusa Sholto. Każde z was otrzyma po kilkaset tysięcy. Niech pani pomyśli! Dziesięć tysięcy funtów rocznej renty59. Niewiele jest w Anglii bogatszych młodych dam. Czy to nie wspaniałe?

Zdaje się, że musiałem trochę przesadzić w zachwycie i że wyczuła nieszczery ton moich słów, bo spojrzała zdumiona.

— Posiadanie tego skarbu zawdzięczam tylko panu — rzekła.

— Nie, nie — odparłem — nie mnie, lecz memu przyjacielowi Sherlockowi Holmesowi. Przy całym nakładzie dobrej woli nie byłbym w stanie śledzić wątku, który wystawił na próbę nawet genialne zdolności śledcze Holmesa. Mało brakowało, byśmy w ostatniej chwili zupełnie tego wątku nie utracili.

— Proszę, niech pan siada, panie doktorze, i opowie wszystko.

W krótkich słowach opowiedziałem jej, co zaszło od chwili, kiedy ją widziałem po raz ostatni. Nową metodę poszukiwań Holmesa, odnalezienie „Aurory”, pojawienie się Jonesa, wieczorną wyprawę i szaloną pogoń po Tamizie. Z rozchylonymi ustami i roziskrzonym wzrokiem słuchała naszych przygód. Gdy wspomniałem o zatrutej strzale, która nas ominęła, miss Morstan pobladła tak silnie, że obawiałem się, iż zemdleje.