Odsłoniłem latarnię, rzucając na nich snop światła. Pierwszy był to olbrzymi Sikh z czarną brodą, sięgającą poniżej pasa. Nie widziałem jeszcze takiego olbrzyma, chyba w jakiejś budzie cyrkowej. Drugi, mały, otyły, okrągły człowieczek, miał na głowie wielki żółty turban i niósł tłumok owinięty w szal. Drżał ze strachu, ręce dygotały mu jak w febrze, głowę obracał nieustannie w prawo i w lewo, strzelając niespokojnie małymi, błyszczącymi oczyma, jak mysz szykująca się do wyjścia z nory. Dreszcz wstrząsnął mną na myśl, że trzeba go zabić, przypomniałem sobie jednak skarb i serce zastygło we mnie i skamieniało. Nieborak tymczasem, ujrzawszy moją twarz Europejczyka, wydał stłumiony okrzyk radości i podbiegł skwapliwie.
„Opieki — wyjąkał zdyszany — opieki dla biednego kupca Achmeta. Przejechałem przez całą Radżputanę72, żeby się schronić w forcie Agry. Zostałem okradziony, obity, sponiewierany dlatego tylko, że jestem wiernym sprzymierzeńcem Anglików. Błogosławiona niech będzie ta noc, kiedy wreszcie zdobywam bezpieczne schronienie... wraz ze swym skromnym mieniem”.
„Co to za pakunek?” — zapytałem.
„Żelazne pudełko z dokumentami i pamiątkami rodzinnymi. Nie mają właściwie żadnej wartości, ale dla mnie są ważne. Nie jestem żebrakiem, wynagrodzę was i waszego dowódcę, jeśli mi dacie schronienie, o które proszę”.
Nie mogłem mówić z nim dłużej. Im bardziej wpatrywałem się w jego tłustą, wylękłą twarz, tym trudniej było mi pogodzić się z myślą o morderstwie. Trzeba było jednak szybko kończyć.
„Zaprowadźcie go do dowódcy” — rzuciłem rozkaz.
Dwaj Sikhowie wzięli go między siebie, olbrzym szedł z tyłu, i tak weszli w ciemną czeluść bramy, ja zaś zostałem z latarnią na swoim miejscu.
Słyszałem wyraźnie odgłos ich miarowych kroków. Nagle wszystko ucichło. Usłyszałem głosy, potem dźwięki tarmoszenia i uderzeń. W chwilę później, ku mojemu przerażeniu, rozległ się tupot zmierzających w moją stronę kroków i głośny oddech biegnącego człowieka. Skierowałem na niego światło i ujrzałem małego, otyłego kupca z pokrwawioną twarzą, a tuż za nim olbrzymiego czarnobrodego Sikha. W dłoni Sikha złowrogo połyskiwał nóż.
Nie widziałem nigdy człowieka biegnącego takim tempem jak ten kupiec. Wyprzedził Sikha i było jasne, że minąwszy mnie, wydostanie się za bramę i ujdzie pościgu. Na jego widok w moim sercu obudziła się litość, ale na myśl o skarbie skamieniało ponownie. Rzuciłem uciekającemu karabin pod nogi, nieborak upadł, potoczył się jak postrzelony królik, a zanim zdołał się podźwignąć, Sikh dopadł go i dwukrotnie zatopił mu nóż w piersiach. Kupiec nawet nie zipnął, nie drgnął, leżał, gdzie upadł. Przypuszczam wprost, że padając, skręcił kark. Jak panowie widzicie, dotrzymuję słowa. Opowiadam wszystko, aż do najdrobniejszych szczegółów, bez względu na to, jakie skutki dla mnie stąd wynikną.
Umilkł i wyciągnął dłoń po wodę z whisky, którą mu Holmes przygotował. Wyznaję, że człowiek ten przejmował mnie teraz najwyższą odrazą. Brr... ta zimna krew, z jaką brał udział w zabójstwie, i obojętny, lekceważący sposób, w jaki opowiadał o samym mordzie! Bez względu na karę, jaka go czekała, nie mógł spodziewać się ode mnie litości.