Nazajutrz rano podniosłem się z głową ciążącą jak ołów, gdyż pewien byłem, że Jim zjawi się tu wkrótce i dzień ów stanie się dniem wielkich smutków.
Co jednak przyniesie to pogodnie zapowiadające się słońce, jakie zmiany zajdą w doli każdego z osobna? To było więcej, niż śmiałem odgadywać w najposępniejszych i najgłębszych chwilach bólu.
Pozwólcie mi, że opowiadać będę tak, jak się stawało.
Więc przede wszystkim — zerwałem się przed wschodem słońca dlatego, iż rozpoczynał się okres przybywania jagniąt i obaj z ojcem mieliśmy z tym mnóstwo pracy.
Było jeszcze szaro.
Wyszedłem na korytarz i nagle zimny powiew musnął mnie po twarzy: drzwi od sieni były na rozcież otwarte. Płynęło przez nie różowawo-popielate światło jutrzni, w głębi, w ogrodzie ciemniała uchylona furtka.
Objąłem dom szybkim spojrzeniem.
Drzwi od pokoju Edie i sypialni cudzoziemca również nie były zamknięte.
I wtedy, niby mgnieniem błyskawicy, zrozumiałem wszystko, zrozumiałem, co znaczyły owe wczorajsze podarki. To było pożegnanie.
Zniknęli oboje.