Przez mózg mi przemknęło, że to zapewne list od Edie i że wie zatem wszystko.
Kiedy się jednak zbliżył, stwierdziłem, że papier był duży, żółtawy i sztywny i szeleścił za każdym dotknięciem, a oczy Jima błyszczały radością jak dwa jasne światła.
— Wiwat, Jocku! — zakrzyknął, skręciwszy w aleję, wiodącą już przed próg mieszkania. — Gdzie jest Edie?! Gdzie Edie?
— Czy zaszło co nowego, przyjacielu? — przerwałem, nie wiedząc, jak zacząć.
— Gdzie Edie? — powtórzył niecierpliwie.
— Co to za papier? — pytałem z bijącym sercem.
— Dyplom! Dyplom, Jocku! Mogę leczyć, odkąd zechcę! Doskonale poszło! Ale przede wszystkim chcę go pokazać Edie.
— Co mógłbyś uczynić najlepszego, to już nie myśleć o niej — zacząłem drżącym głosem.
Twarz mu się nagle zmieniła, pobladł i chyba nie zdarzyło mi się więcej widzieć człowieka, na którym by większe wrażenie wywarły tylko ludzkie słowa.
— Co?... Co chcesz przez to powiedzieć? — wyszeptał po chwili z wysiłkiem.