Nic jednak nie uszło żbiczego wzroku Księcia.
Galopem przypadł ku nam.
Ujrzeliśmy twarz ukochaną, zniszczoną trudami wojny, ciemne włosy, nos zakrzywiony, długi, błysły wielkie kokardy kapelusza... Ogarnął nas przenikliwym a bystrym spojrzeniem...
Otaczało go ze dwunastu może oficerów, tak rozbawionych i strojnych, jakby jechali, nie przymierzając, polować na lisy, nie wiedząc, że ani jeden nie ujrzy jutrzejszego słońca...
— Ciężka sprawa, generale! — odezwał się, zwalniając biegu.
— Bardzo ciężka, Ekscelencjo — odparł poważnie Adams.
— Ale możemy ich powstrzymać! Cóż znowu! Mieliżbyśmy91 pozwolić, żeby garść tyralierów obezwładniła nam całą baterię!? Wyrugujcież92 mi ich, generale, z tej pozycji!!
Po raz pierwszy w życiu uczułem dziwny jakiś dreszcz charakterystyczny, który niby iskrą przebiega ciało, skoro za chwilę ma się wziąć udział w bitwie. Krew zagrała.
Aż dotąd nie czyniliśmy nic przecie, prócz leżenia na ziemi i z zamkniętymi oczyma przyjmowania śmierci — z pokorą, bez ruchu, pod groźbą najsurowszej kary — a to jest chyba najcięższym wysiłkiem.
Teraz nadchodziła kolej czynów i szliśmy ze śpiewaniem prawie, z gotowością.