Ach, więc dezerter. Bo my to przecież byliśmy królewscy, a tamci prowadzili wygnańca-cesarza.
— The Guard come! The Guard come!105 — rozległo się znów po angielsku i pomknął dalej niby strzała.
W parę sekund znikł wśród wzgórz — jak liść uniesiony huraganem.
A prawie w tej samej chwili przypadł do nas książęcy adiutant, zdyszany i z twarzą tak czerwoną, jakby szlag właśnie go trafił.
— Poruczono wam zatrzymać ich albo zginiemy! — rzucił generałowi takim grzmiącym głosem, że echo zadźwięczało po szeregach.
— Czy zaszło co nowego? — pytał Adams ciszej.
— Z sześciu pułków ciężkiej jazdy zostały tylko dwa szwadrony — odparł oficer krótko.
I zaśmiał się nagle ostrym, urywanym śmiechem, jak człowiek, którego nerwy zbyt długo były w naprężeniu.
— Może pan masz chęć wziąć udział w ataku? Proszę, racz uważać się za kogoś z naszych — rzekł niespodzianie generał, z takim spokojem, jakby ofiarowywał mu szklankę herbaty.
— Z największą radością — oświadczył przybyły, zdejmując na znak podziękowania kapelusz.