Jakoś, pamiętam, w jubileuszowym roku, opuściłem przecież mury kolegium Birtwhistle’a.
A potem trzy lata przebyłem w domu, ucząc się obchodzić z naszymi stadami, gdy tymczasem floty i armie ścierały się ciągle — i posępny cień Bonapartego rozpościerał się bez końca nad moim umęczonym krajem.
Czy mogłem wtedy odgadnąć, że i ja również kiedyś przykładać się będę do odwrócenia tej chmury, która coraz niżej zwisała i niżej, i kładła się już prawie na potruchlałe głowy mojego narodu?...
Rozdział drugi. Edie z Eyemouth
Na kilka lat przedtem — przed powyższymi wypadkami — kiedy jeszcze byłem prawie dzieckiem, zjechała do nas jedyna córka brata mego ojca i bawiła około pięciu tygodni.
Willie Calder w młodości jeszcze osiedlił się w Eyemouth, w charakterze fabrykanta sieci i z kręcenia sznurów potrafił ciągnąć bez porównania lepsze korzyści niż my z piaszczystych, gdzieniegdzie tylko pokrytych janowcem27 „landów” w West Inch.
Toteż córeczka jego, Edie, zjawiła się u nas w pąsowym staniczku, w kapeluszu, który kosztował co najmniej pięć szylingów i w towarzystwie kufra kryjącego takie cuda, że na widok ich nie tylko mnie, ale i matce mojej paliły się oczy.
I dziwnie było patrzeć, jak sypała wokoło pieniądze, nie targując się, nie licząc, jakby bogaczka z bajki — to dziecko, prawie siostra.
Woźnicy dała na przykład wszystko, czego żądał, i jeszcze nowiuteńki, dwupensowy pieniądz, do którego nie miał najmniejszego prawa.
Z imbirowego piwa niewiele co więcej robiła sobie niż ze zwykłej wody, do herbaty używała stale cukru, chleba nie umiała inaczej jeść, jak grubo posmarowanego masłem — zupełnie jakby była prawdziwą Angielką.