I w takiej chwili, już na progu śmierci, wykonał jeszcze ów charakterystyczny ukłon ręką, gdy wspomniał o pozdrowieniach dla matki.

— Rana pańska nie jest tak ciężka może, jak się zdaje — odważyłem się teraz odezwać. — Mógłbym tu sprowadzić chirurga naszego pułku?

— Dziękuję ci, poczciwy chłopcze — szepnął z wysileniem — ale ostatnie lat piętnaście nie darmo spędziłem na zadawaniu i otrzymywaniu ran najrozmaitszych, żebym się nie umiał poznać na śmiertelnych. Nie żałuję nawet życia... Dla naszego „małego” wszystko już skończone, więc wolę odejść w ciszę śmierci na czele wiernych woltyżerów... niż żyć na wygnaniu i u wrogów żebrać łaski. Zresztą... Sprzymierzeni i tak by mnie rozstrzelali, unikam więc upokorzenia.

— Sprzymierzeni, szlachetny panie, nie dopuściliby się nigdy podobnie dzikiego i barbarzyńskiego czynu! — przerwał mu z ogniem major.

— Bo nie wiesz szczegółów, majorze — odparł de Lissac cicho. — Czy myślisz, że uciekałbym do Szkocji i zmieniał nazwisko, gdybym potrzebował się obawiać tych tylko, co panoszyli się wtedy w Paryżu? Drogo ceniłem życie, bom wierzył, że mały kapral powróci... Teraz... teraz mogę spokojnie umierać, wiem, że nigdy nie stanie już na czele wojska... A czyniłem rzeczy, których się nie darowuje. Ja to — szeptał coraz ciszej, gorączkowo — ja komenderowałem oddziałem, który rozstrzelał księcia d’Enghien118... ja to... Boże! Boże! Edie... moja najdroższa!...

Wzniósł ręce w górę, palce mu zadrgały i zaraz zacisnęły się kurczowo.

Potem opadły ciężko, a głowa pochyliła się na piersi.

Siwowłosy sierżant ułożył równo jego ciało, drugi rozpostarł na nim płaszcz błękitny... I odeszliśmy, pozostawiając na stratowanym polu zwłoki dwóch ludzi, którym Przeznaczenie tak dziwnie poplątało życie, a teraz łączyło w śmierci.

I leżeli spokojni, cisi i tak blisko, że ręka Szkota dotykała prawie dłoni nienawistnego Francuza — na przesiąkłym krwią zboczu, tuż koło tak pięknego wczoraj jeszcze Hougoumontu.

Dziś śmierć tu królowała, ruiny i zgliszcza.