Połączyłem się z towarzyszem i razem wyszliśmy przed bramę. Tu stał prześliczny zaprzęg ciągniony przez dwa rasowe konie i tu odgadłem powód swego niedawnego poniżenia. Nie chciała, by przyjaciele jej z wielkiego świata dowiedzieli się o istnieniu takich nieznaczących, choć uczciwych ludzi, z jakimi żyła w dzieciństwie...

Ani słóweczkiem nie zagadnęła mnie o Jima, przez prostą grzeczność nie spytała o ojca czy matkę, którzy ongi okazali jej przecież tyle przychylności.

Przysiągłem sobie wtedy, że widzę ją po raz ostatni.

Taka po prostu była i inną być nie mogła, jak na przykład królik nie potrafiłby nigdy utrzymać w spokoju ogonka — a jednak świadomość tego przyczyniła mi dużo głębokiego bólu.

W dziewięć miesięcy później doszła nas wieść, że poślubiła hrabiego de Beton, a w rok czy dwa zmarła przy urodzeniu się dziecka.

Wróćmy jednak do rzeczy. Nasze trudy dobiegły oto do ostatecznego końca.

Cień złowrogi rozsnuwał się znad Europy i miał nie zwisnąć nigdy już nad naszą ziemią, nigdy więcej nie przesłonić spokojnych folwarków i cichych, zadumanych wiosek, nigdy nie zawlekać kirem istnień, które mogły być takie szczęśliwe...

Wykupiłem uwolnienie z wojska i wróciłem do Corriemuir, do płaczących z radości rodziców. Ojciec zmarł jakoś niedługo — objąłem po nim cały folwark.

A potem ożeniłem się z Lucią Deane z Berwick i wychowaliśmy siedmioro dzieci, a wszystkie chcą być mądrzejsze od własnego ojca i nie zaniedbują niczego, byle mu to czarno na białym wykazać.

Bo wśród cichych, trochę monotonnych i niezakłóconych żadnym ważniejszym wypadkiem dni, jakie płyną od chwili powrotu, jednakowych jak wieczorny różaniec płonących latarni — trudno mi przekonać moją czupurną młodzież, że i tu mogło się życie toczyć niezwykłą koleją, że w czasach, kiedy kochaliśmy się z Jimem w pięknej zalotnicy i kiedy cudzoziemiec o kocich wąsach i dumnym spojrzeniu przywędrował z tamtej strony morza — działy się naprawdę wielkie, groźne, wiekopomne rzeczy.