— Och! Jacku... — szepnęła nagle, przeciągłym i obcym angielskiej mowie akcentem, którego podobno nabyła na pensji, usuwając się i broniąc wypieszczonymi rączkami — nie, nie, Jacku... za starzyśmy32 już chyba na to?...
Gdyż ja, z niezręcznością prawdziwego wiejskiego niezgrabiasza, zbliżałem do jej twarzy swoje ogorzałe policzki i chciałem ją pocałować, jak uczyniłem wtedy, kiedyśmy się po raz ostatni widzieli...
Na krótką chwilę zapanowała między nami kłopotliwa cisza.
— Bądź tak dobry i daj konduktorowi szylinga — odezwała się niespodziewanie Edie, podnosząc ku mnie oczy z niemą prośbą — on tak troskliwie opiekował się mną całą drogę...
Spłonąłem jak wiśnia, a potem zbladłem niby ściana i coś ostrego ukłuło mnie w serce. W kieszeni miałem jeden tylko srebrny, czteropensowy pieniążek.
Nigdym nie odczuł braku mamony tak dotkliwie i boleśnie, jak w owej nieszczęsnej chwili. Kolana się pode mną zgięły...
Edie objęła mnie szybkim spojrzeniem, potem twarz jej rozjaśnił dobry uśmiech i w milczeniu wsunęła mi do ręki zgrabną portmonetkę ze srebrnym zameczkiem.
Załatwiłem polecenie i chciałem oddać jej pieniądze, ale spotkał mnie wzrok serdeczny i prawie błagalny:
— Będziesz moim intendentem, Jacku — prosiła wesoło. — Czy to jest nasz „powóz?” Och, jaki zabawny! Gdzież usiądę?!
— Na tym worku — objaśniłem trochę niepewnym głosem.