Nagle uniosła się trochę i z całej siły jęła poruszać białą, misternie haftowaną, chustką.

— Zdjął kapelusz... — szepnęła cicho i może na wpół bezwiednie. — Zdaje mi się, że to był chyba oficer. Wyglądał „dystyngowanie”. Czy go zauważyłeś? — pytała, pochylając się ku mnie. — Patrz, ten gentleman na imperialu, w brązowym paltocie i bardzo, bardzo przystojny.

Potrząsnąłem przecząco głową i cała moja radość gdzieś od razu znikła, znowu uczułem gorycz w ustach i zniechęcenie w duszy.

Przez długą chwilę było cicho.

— Co tam! Nie zobaczymy się już nigdy — ozwała się Edie z wesołym uśmiechem. — Ot, wjeżdżamy już między zielone pagórki, i ta droga brunatna, kręta: wszystko zostało mi w pamięci. Jak tutaj nic się nie zmieniło! Ty nawet, Jacku, prawie ten sam jesteś, co i dawniej. Tylko... śmiem żywić nadzieję... że postępowanie twoje ze mną ulegnie jakiej takiej zmianie?... Myślę, że nie zechcesz ustanawiać całego królestwa żab za moim nieszczęsnym kołnierzem?...

Dreszcz zimny przebiegł moje ciało na samo wspomnienie tych dziecinnych figlów.

— Uczynimy wszystko, co będzie leżało w naszej mocy, byleś się czuła szczęśliwa w West Inch — odparłem drżącym głosem i z uwagą przyglądając się sznurkom biczyska.

— Wielka to z waszej strony dobroć, że zgadzacie się przyjąć do siebie biedną, opuszczoną przez wszystkich dziewczynę — rzekła Edie cicho.

— Ty jesteś dobra, żeś chciała przyjechać — przerwałem wzruszony. — Obawiam się tylko, że wyda ci się u nas trochę smutno i nudno, a przede wszystkim monotonnie.

— Wiedziałam o tym, Jacku — uspakajała mnie łagodnie. — Znam przecież to ciche życie. Sąsiadów nawet nie ma, o ile pamiętam?