Edie krzyknęła głośno, w oczach jej odbił się wyraz przestrachu, lecz Horscroft nie zważał na to i wlókł ją prawie do miejsca, w którym stałem jak martwy, nie śmiejąc się nawet poruszyć.

— Tamto już się skończyło — rzekł, dysząc ciężko i zwracając się wyłącznie do mnie. — Teraz ona jest tutaj, czy chcesz, żebyśmy się zapytali wprost, którego woli? Nie zadrwi z nas przecież, bo jesteśmy razem?

— Zgadzam się — odpowiedziałem, czując cięższy jeszcze smutek w sercu.

— I ja również — ciągnął Hoscroft dalej. — Jeżeli wybierze ciebie, przysięgam, że nawet nie spojrzę na nią. Czy przyrzekasz uczynić to samo?

— Przyrzekam — szepnąłem cicho.

— A więc, miss Calder — zaczął nieugiętym głosem. — Otośmy dwaj przed tobą, obaj uczciwi ludzie, przyjaciele, szczerzy w myślach i wzajemnych czynach i obaj znamy już twoją przewrotność. Ja wiem, co pani powiedziałaś wczoraj wieczór, Jock wie, co oznajmiłaś dzisiaj. Teraz niech pani mówi, tylko szczerze! Jesteśmy więc obaj przed tobą. Musisz wybrać nieodwołalnie, raz na zawsze! Jim Horscroft czy brat twój cioteczny, Jock Calder?!

Nie myślcie, żeby okazała się zmieszana choć na jedno mgnienie.

Przeciwnie, czarne oczy błyszczały ze szczerej radości.

Mógłbym przysiąc wtedy, że nigdy przedtem nie czuła się z siebie tak dumna.

Spojrzenie jej biegało między nami jak iskra wszechwładna wśród prochów, na twarz prześliczną kładły się pogodne, słoneczne promienie, biła od niej młodość, wesołość i życie, była po prostu cudna.