Major przywoływał go wprawdzie rozpaczliwym krzykiem, zdaje się jednak, iż głos ten jątrzył tylko na próżno buldoga, ponieważ biegł coraz prędzej. Na szczęście znałem jego imię i „ośmielałem się” żywić nadzieję, że to wywalczy względy należne starej znajomości.

I kiedy już rzucał się na mnie, ze zjeżoną sierścią, krwią zaszłymi oczyma i pianą na brzydkim pysku, krzyknąłem całą siłą płuc młodych i zdrowych.

— Bounder! Bounder!!

Co wywołało tyle upragniony skutek, gdyż przesadził mnie potężnym susem i skoczył jak szalony w kierunku idącego spokojnie de Lappa.

Uszu cudzoziemca dosięgnął tymczasem cały ten niezwykły hałas, gdyż odwrócił się nagle, ogarnął nas bystrym spojrzeniem, i zaraz, zrozumiawszy niby, o co chodzi, szedł dalej, założywszy w tył ręce i nie przyśpieszywszy wcale kroku.

Uczyniło mi się gorąco — pies nie znał go wcale.

Jąłem biec zatem tak prędko, jak tylko mi na to pozwalały nogi, chciałem przywołać zwierzę, a choćby tylko ostrzec tego, który zdawał się nie pojmować całej grozy chwili. Do dnia dzisiejszego nie rozumiem, co się potem stało. Buldog gotował się właśnie do skoku, gdy nagle spostrzegł dziwne ruchy, jakie pan de Lapp czynił wielkim i ostatnim palcem... I zaraz wściekłość znikła niby za dotknięciem laski czarnoksięskiej, pies zakręcił radośnie króciutkim ogonem i łasząc się, przypadł mu do nóg, pieszczotliwie opierając łapę o jego kolano...

— To pański pies, majorze? — spytał od niechcenia, gdy stary żołnierz zbliżył się, kulejąc i sapiąc mocno. — Śliczne zwierzę, prześliczne, co za rasa!

Major nie mógł zrazu odpowiedzieć, milcząc ocierał pot z czoła i oddychał ciężko. Nic dziwnego, całą tę przestrzeń przebył pędem!

— Obawiałem się, żeby panu nie zrobił co złego — wymówił wreszcie urywanym głosem.