— A ów jeździec, naprzeciwko mnie, w aksamitnym spencerze?
— O! ten wart, aby o nim powiedzieć słów parę. On jest sprawcą nieszczęść naszej rodziny. To właśnie krwawy Hugon, który wypuścił sforę psów na tę nieszczęśliwą dziewczynę...
Spojrzałem na portret z wielkiem zaciekawieniem.
— Nigdybym się nie domyślił, że to on — rzekł Holmes. — Twarz łagodna, spokojna, tylko w oczach... płomienie. Wyobrażałem go sobie tęższym i groźniejszym.
— Niema wątpliwości, że to on. Na odwrotnej stronie płótna jest imię i data — rok 1647.
Mój przyjaciel umilkł, ale nie odrywał oczu od portretu. Dopiero po naszem rozejściu się na spoczynek dowiedziałem się, dlaczego to płótno budzi w nim tak żywo zaciekawienie.
Zaprowadził mnie znowu do jadalni ze świecą w ręku i przysunął ją do portretu.
— Co cię uderza? — zapytał.
Ogarnąłem wzrokiem duży kapelusz z piórami, złociste loki i koronkowy kołnierz; wpatrywałem się w rysy chłodne, surowe. Nie było w nich namiętności, lecz niezłomna, okrutna wola; tryskała ona z oczu stalowych, zdradzały ją usta wązkie, zaciśnięte.
— Czy ten portret przypomina ci kogo ze znajomych? — pytał Holmes.