— Czy nie miał pan jakiej niespodzianki?
— Żadnej. Chyba tę tylko, że mi zginął jeden but.
— Zginął panu but? A to w jaki sposób?
— Znajdziesz go pan zapewne po powrocie do hotelu. Nie warto trudzić pana Holmes takiemi drobiazgami — przerwał mu doktor Mortimer.
— Przepraszam; to nie jest drobiazg — zaprzeczył detektyw. — Jakże to było?
— Wystawiłem na korytarz oba buty do czyszczenia. Nazajutrz był tylko jeden. Posługacz nie wiedział, co się stało z drugim. Kupiłem te buty wczoraj i nie miałem ich wcale na nogach.
— Jeżeli ich pan nie nosiłeś, czemu je dawałeś do czyszczenia?
— Buty przechodziły przez tyle rąk w sklepie, że potrzebują czyszczenia.
— A zatem wczoraj, po przyjeździe do Londynu, robiłeś pan sprawunki?
— Robiłem ich dużo. Towarzyszył mi doktor Mortimer. Bo to muszę panu wyznać, że, pędząc życie swobodne, na świeżem powietrzu, zaniedbałem się trochę, a trzeba było przygotować się do odegrania roli pana licznych włości. Pomiędzy innemi kupiłem te żółte buty, zapłaciłem za nie sześć szylingów. Ale ukradli mi jeden, zanim je włożyłem na nogi.