Twarz kamerdynera pociemniała od tłumionego gniewu.
— Nie powiem! — oświadczył butnie. — To moja rzecz, nie pańska.
— W takim razie wynoś się zaraz z mego domu!
— Dobrze. Jeśli trzeba, to trudno.
— I żebyś mi się nie pokazywał na oczy! To wstyd, hańba!... Twoja rodzina służyła mojej przez kilka pokoleń, a ty knujesz przeciwko mnie spiski?...
Słowa te były wypowiedziane głosem kobiecym. Na progu stała pani Barrymore, jeszcze bledsza od męża.
— Wynosimy się stąd, Elizo — oznajmił jej kamerdyner. — Pakuj nasze rzeczy.
— O, John! John! Ja cię zgubiłam!... To wszystko moja wina, sir Henryku, moja wyłącznie... On nie winien. Robił to dla mnie, bo go o to prosiłam.
— Mów pani, wytłómacz, co to znaczy? — zawołał sir Henryk.