— Iii, każdej babie ckni się bez chłopa; abym się umiał rozgadać, już by ona zechciała.

Rio de Janeiro

Dobiliśmy wreszcie na zielone fale pięknej i wielkiej zatoki stolicy państwa, otoczonej półkolem gór skalistych, porosłych lasem, z których najdziwaczniejszą jest tzw. Głowa Cukru31.

Emigranci, z książką p. J. Siemiradzkiego (Opis stanu Parana) w ręku, żądają, abym się porozumiał z urzędnikami kolonizacyjnymi na Wyspie Kwiatów32. Pytam celników brazylijskich — nie wiedzą o żadnej kolonizacji, ale emigranci są uparci i nalegają: wszak tu idzie o grunt na spłatę i czynną pomoc rządu! Wskazuję dyplomatycznie sformułowany przypisek o ustaniu bezpłatnego przewozu emigrantów, a oni odpowiadają:

— Nam nie idzie o przewóz, lecz o ziemię.

Na Wyspie Kwiatów (Ilha dos Flores), niegdyś targowisku niewolników, zapytany urzędnik oświadcza, iż od roku 1895 rząd zrzekł się kolonizacji; tę samą odpowiedź otrzymałem w wydziale ministerium33, a jednak książka jest z r. 1896.

Emigrantom żal ziemi, zapomogi, no i smacznego pożywienia, zachwalanego przez ową książkę, pozostaje im jednak zaczerpnięta z niej nadzieja, iż rząd stanu Parana przyjmie ich gościnnie, że agent będzie ich oczekiwał w porcie Paranagua34, zawiezie bezpłatnie do Kurytyby35, a urzędnik odda im upragnioną ziemię z lasem.

Sześć dni należało czekać na parowiec „Itapacy”, mający nas zawieźć do Paranagua.

Punktem środkowym miasta Rio jest dzielnica przy porcie, gęsto zabudowana, hałaśliwa, rojąca się ludźmi różnych zabarwień, przesiąkła wstrętnymi wyziewami, a byłaby jeszcze brudniejsza, gdyby nie poczciwe, choć brzydkie urubu, spełniające bezpłatnie urząd czyścicieli ulic.

Jest to gatunek zwyrodniałego sępa; czarny, bez połysku, większy od kruka, z lekko zagiętym dziobem, na żółtawych nogach, plącze się wśród ludzi, ulic, bezpieczny, leniwy, bo za zabicie płaci się karę pięciu milrejsów36, a pełno go nie tylko w Rio, lecz we wszystkich miastach Brazylii.