Skłoniłem się pani domu, otrzymawszy nawzajem skinienie głową.
— Charutos...
I tuż weszła, skręciła papierosa w liść kukurydziany, zapaliła i podała mi z ukłonem, a drugi mężowi.
Gościnny gospodarz rozmawia ze mną o koniach, siodłach, mułach i polowaniu.
Moją prośbę, aby pozwolił się odfotografować, przyjął chętnie. Poszedł w głąb, po chwili wrócił, a tuż za nim żona, niosąc w ręku dość wielką tykwę, zwaną cuia, w której zaparza się herwę, i jedną rurkę z trzciny, opatrzoną sitkiem tzw. bomba, którą pije się mattę.
Usiadła na drugiej czaszce, pociągnęła napoju i podała mi z uśmiechem zachęcającym. Cykałem, jak mi radziła gospodyni, i z ukłonem podałem gospodarzowi, który to wdzięcznie przyjął. Już trzy razy obeszła cuia. Z utęsknieniem czekałem uwolnienia. Spostrzegł gospodarz moją niecierpliwość:
— Zaraz wyjdą senhoras (panie); muszą się ubrać.
Wyjaśniłem, że jego wpierw mogę sfotografować.
Poszedł się przebrać w odświętne szaty, w kapeluszu, z faką, nawet w patynkach. Już mam fotografować... zapomniał pistoletów... Po chwili przypomniał sobie, że nie trzyma surowca... Nareszcie skończyłem.
Wyszły senhoras, ubrane we względnie czyste spódnice; jedna z małym dzieckiem na ręku, przystojna, z ostrym, gniewliwym wyrazem twarzy; druga, ładna brunetka, młoda dziewczyna, trzecia sama pani i czworo dzieci.