Ci jednak wszelkie przestrogi i lekkie wątpliwości uważali jako osobistą obrazę, zżymali się, mówiąc z drwinami:
— Pan nie był w Brazylii, prawda? A ten pan był i widział, więc kto ma rację, on czy pan?
To ich obrażanie się na uwagi krytyczne łatwo zrozumieć, każde bowiem przebudzenie z rozkoszy jest przecież cierpieniem, a nikt nie chce cierpieć.
— A nie tęskno wam, matko, po córce?
— Źle jej tam z mężem nie jest, a jak tylko się rozwiem i rozejrzę, poślę pieniądze, to i zaraz przyjadą — odpowiada, pełna wiary w szczęśliwą przyszłość.
Po kraju, po swoich pozostałych nikt nie płacze, nie tęskni, nie wspomina... Żyją i oddychają jasną przyszłością. W Brazylii widzą zbawienie, szczęście, bogactwo. Jedni marzą o bryłach złota i wielkich diamentach: „bo to za jeden kamień można mieć krocie”, starsi prawią o ziemi z lasem, kobiety o dostatkach i wygodach...
Jedziemy dalej wśród nieustannej pogody. Okręt zawija do Wysp Kanaryjskich; bieli się śniegiem szczyt Teneryfy, zielenią się wybrzeża i zajeżdżamy do Portu Las Palmas, miasta na wyspie Gran Canaria. Tylko zbyt wysoka cena łódki odstrasza emigrantów, a są już stęsknieni do ziemi. Od licznych przekupniów nadbiegłych na okręt kupują za tanie pieniądze owoce i papierosy, a w podziw wprawiają ich chłopaki nurkujący za każdą monetą. Samo miasto, przeważnie z parterowymi domami i z okiennicami szczelnie zamkniętymi, brudne, krzykliwe, handlowe, robi niemiłe wrażenie, którego nie zaciera dość obszerny kościół z XVII w., gdzie chwalą się z posiadania śpiewnika liturgicznego na pergaminie z ładnymi inicjałami.
Bliżej równika upały są nieznośne, duszno w kajucie, w sali; żaden wietrzyk nie porusza lśniącej w słońcu tafli morza, które zdaje się, że usnęło i zaledwie dostrzegalnie podnosi się drobną falą, aby znów usnąć. Gorąco trwa i w dzień, i w nocy; grzeją rozpieczone ściany okrętu, podłoga na pokładzie, rury, wentylatory, wszystko, a powtarzająca się rada nauczyciela z San Paulo: „Kommen Sie auf Bord ein wenig frisch Luft schnappen!”26 wywołuje śmiechy i żarty całego towarzystwa, raczącego się lichym winem reńskim, podawanym jednak z lodem. Woda w morzu ma 20° ciepła, a w wannie kąpielowej dochodzi do 30°, zamiast odświeżyć osłabia i przy wyjściu ma się wrażenie, że z waru weszło się w ukrop. Pot ścieka kroplami, każdy włos mokry, całe ciało oślizłe, gorące, niemiłe. Korzystając z braku pań jadących, chodzimy możliwie lekko ubrani. Zaprzestano wszelkich gier, półmiski niemal nietknięte schodzą ze stołu; wszystkich pali pragnienie.
U emigrantów narzekania na gorąco, nudy, brak zajęcia; kobiety wymyślają sobie różne dolegliwości, nachodzą doktora, byle mieć rozmaitość, rozrywkę. Tylko Portugalczycy, którzy wsiedli w Las Palmas, weseli są, a ich towarzyszki wieczorami tańczą i śpiewają. Nasi w zabawie nie biorą udziału; zmęczeni, znękani gorącem, ożywiają się wieczorami to fosforescencją morza, to znów spoglądają na niebo, zdziwieni zniknięciem Niedźwiedzicy i zjawieniem się Krzyża Południowego27, który ani tak pięknie, ani tak jasno nie świeci, jak nasz Wóz.
Za równikiem zaczyna wiać wiatr chłodny; ożywili się wszyscy, poweseleli, i znów rozmowy, dopytywania się, tęsknota do Brazylii.