— Chcesz, to i jedź, ale na wszelki wypadek weź krucicę z sobą.
Samowtór z Bartoszem wyjechała tedy Aniela, bacząc zrazu pilnie na przydroża, lecz, gdy nic podejrzanego nie spostrzegła, puściła konia stępą.
Wtem z pobliskiego gaju wypada dwóch rajtarów, zastopują drogę i proszą by jechała z nimi.
— Precz z drogi! — krzyknęła, położywszy rękę na krucicy.
— Precz rozbójnicy! — wrzasnął Bartosz, naciskając konia, aby być bliżej.
— Nic nam do ciebie — odezwał się jeden rajtar — lecz ta panna musi iść z nami.
— Nie pójdzie! — krzyknął Bartosz i, wyciągnąwszy szablę, leciał na Niemca.
Ten spokojnie go wytrzymał i strzelił; widno trafił, bo Bartosz spadł z konia.
W tym czasie Anielka, widząc, że sprawa groźna, wyciągnęła krucicę i palnęła do bliższego rajtara. Skręcił się, ale dotrzymał na siodle i z obnażoną szablą zamierzył się na dziewczynę. Widząc się bezbronną, cmoknęła na posłusznego konia i popędziła cwałem do zamku.
Rajtarzy wypuścili swe konie, pragnąc odciąć Anielce powrót, lecz siwek, jak gdyby rozumiał niebezpieczeństwo, rwał jak wicher, i wkrótce rajtarzy zostali w tyle. Rozległ się strzał jeden i drugi, ale kule chybiły konia, i Anielka dopadła szczęśliwie bramy zamkowej.