— Korzystajmy z ciemności i uciekajmy w las.

— Teraz już widno, — odezwała się Anielka, — mogą łatwo nas dostrzedz, lepiej i bezpieczniej doczekać nocy.

— Prawdę mówisz, moja córko, ale rzecz w tem, gdzie uciec?

— Możeby istotnie do lasu — wmieszała się pani nieśmiało.

— Drogi i drożyny są strzeżone przez Szwedów, a zamknięci w lesie z czego żyć, gdzie spać będziemy? — wahał się chorąży.

— Czyż niema ruin? — zawołała Janinka. — Duchy są lepsze od Niemców!

— Czasem Bóg przez usta dziecka przemówi, a więc do ruin!

Uradowali się wszyscy i już weselsi czekali nocy. Po chwili rzekł Ziembiński:

— Pozwól, mości chorąży, że pierwszy wyjrzę na świat boty, rozpatrzę drogi, a jeżeli i zginę, to bezdzietny nie osierocę nikogo.

Skinął głową zezwalająco chorąży, wzruszony poczciwemi słowy, i Ziembiński zniknął w ciemnej perspektywie chodnika. W kilka godzin zjawił się i, donosząc że droga wolna, wiódł nieszczęśliwych zbiegów ku wylotowi tajnego przejścia.