— A cóż ma być? Jak zwykle napadali podróżnych, dwory i chaty na odludziu okradali i rabowali, a blizkość granicy sprzyjała ich procederowi. Aż nareszcie sprzykrzyło się to ludziom, i starościńscy pachołkowie część zabili, a drugą powiesili.
— Chciałam wejść w podziemia — zaczęła znów Anielka — podobno są tam skarby, ale Bartosz bardzo się wzbraniał, a że i światła nie miałam, wiec tylko pozostała mi chęć odwiedzić tę część zamczyska.
— Nie spodziewałam się tego, Anielko, — rzekła matka dość surowo, — by moja córka mniej miała zastanowienia od masztalerza. Toż w podziemnych chodnikach o złe powietrze lub o nieszczęście nie trudno.
— Matka ma zupełną słuszność — dodał pan Dzierzbicki. — W takich ciemnicach gnieżdżą się choroby, gady, jaszczurki. Proszę też waćpanny wybić sobie z głowy podobne przedsięwzięcia.
Anielka zawstydzona umilkła. Matka nie zapomniała jednak o drugiej części przygód i po chwili spytała:
— Kogo też spotkałaś dzisiaj?
— Znajomego rodziców, grafa von Tannenburg, który przesyła rodzicom pokłony.
— Grafa von Tannenburg? Tu? na naszej stronie? — zdziwił się ojciec.
— Jeździł w odwiedziny do kasztelana i wspominał coś, że był u starosty.
— Pewno łotrzyki z Brandeburgii uciekli do nas, albo nasi tam dokazują, więc żądał pomocy.