To rzekłszy, dali mu nowe ubranie. Joab wyszedł na miasto. Było ono duże i miało sto czterdzieści ulic. Jedna większa od drugiej. Na jednej zauważył kuźnię. Wstąpił do niej i poprosił kowala, pokazując mu swój miecz, który w czasie upadku złamał się, aby zrobił mu nowy, ale taki sam. Na widok miecza kowal się przestraszył.
— Jeszcze nigdy — powiedział — nie widziałem takiej broni.
— Zrób mi taką samą, a sowicie cię wynagrodzę — powiedział Joab.
Dwa razy wykute przez kowala miecze okazały się niedobre. Przy próbie wytrzymałości dokonanej przez Joaba, który usiłował je zgiąć, miecze łamały się. Dopiero za trzecim razem udało się kowalowi wykonać miecz, jakiego pragnął Joab. Odbierając go od kowala, spytał:
— Jak sądzisz, kogo by warto zabić tym mieczem?
— Joaba, wodza żydowskich wojsk — odpowiedział bez namysłu kowal.
— Tak powiadasz? A więc przyjmij do wiadomości, że przed tobą stoi właśnie Joab — i nim kowal zdążył wszcząć alarm, pchnął go mieczem w brzuch.
Szybko wybiegł z kuźni, aby spenetrować miasto. W pewnym miejscu zastał cały oddział pijanych żołnierzy. Było ich pięciuset. Po kolei zabił wszystkich, zostawiwszy przy życiu tylko jednego, po czym wrócił do domu. Właśnie mówiono o tym przy stole. W całym zresztą mieście zadawano sobie jedno pytanie: Kto mógł ich zabić? Nikt inny — odpowiadano — jak tylko Asmodeusz456, król diabłów.
— A ty — zapytała wdowa — nie słyszałeś o tym?
— Nie, nic nie słyszałem — odpowiedział Joab.