CXIII
Marsyl widzi męczeństwo swoich. Każe grać w trąby i rogi, potem jedzie na czele swojej wielkiej armii. Na przedzie jedzie Saracen Abisem; nie ma większego okrutnika w całym wojsku. Jest pełen zbrodni i wszelkiego występku, nie wierzy w Boga, syna najświętszej Panny. Czarny jest jak stopiona smoła, nad wszystko złoto Galicji kocha mord i zdradę. Nigdy nikt go nie widział, aby się bawił lub śmiał. Ale jest bardzo dzielny i bardzo zuchwały i dlatego miły jest srogiemu królowi Marsylowi. Nosi swego smoka, koło którego skupia się lud saraceński. Arcybiskup nie może go miłować; skoro go ujrzy, już chciałby go ugodzić. Po cichu mówi do samego siebie: „Ten Saracen zda mi się srogi heretyk. Najlepiej będzie, jeśli go zabiję: nigdy nie kochałem tchórzów ani tchórzostwa”.
CXIV
Arcybiskup zaczyna bitwę. Dosiada konia, którego wziął królowi Grozalowi, zabiwszy go w Danii. Koń jest dobrze ułożony, rączy; kopyta ma zwinne, nogi płaskie, uda krótkie i zad szeroki, boki długie, a krzyż wyniosły, ogon biały, a żółtą grzywę, uszy małe, głowę płową: nie masz bydlęcia, które by mu było równe w biegu. Arcybiskup spina go ostrogami; i z jaką siłą! Natarł na Abisema, nic go nie zatrzyma. Już wali w tarczę wysadzaną kamieniami, ametystami, topazami i płonącymi karbunkułami; w Wal Metas czart dał ją emirowi Galafowi, a emir Abisemowi. Turpin wali, nie oszczędza; skoro uderzył, tarcz (tak mniemam) niewarta jest ni szeląga. Przeszywa Saracena na wylot i kładzie go trupem na gołą ziemię. Francuzi powiadają: „Oto dzielność! W rękach arcybiskupa pastorał nie przyniesie wstydu”.
CXV
Francuzi widzą, że pogan jest tak mnogo: pola pełne ich są ze wszystkich stron. Często wołają Oliwiera i Rolanda, i dwunastu parów, iżby ich bronili. Aż arcybiskup powiada im swoje: „Panowie baronowie, nie umyślajcie nic złego. Proszę was, przez Boga, nie uciekajcie, iżby nikt mężny nie hańbił was w pieśni. Raczej pomrzyjmy tu, walcząc. Niebawem, tak nam przyrzeczono, doczekamy się końca: nie pożyjemy dłużej niż ten dzień. Ale jest jedna rzecz, którą wam uręczam; święty raj jest wam szeroko otwarty, posiądziecie się tuż koło Niewiniątek”. Na te słowa we Francuzach tak się wzmogło serce, że nie masz ani jednego, który by nie krzyczał: Montjoie!
CXVI
Był tam pewien Saracen z Saragossy (pół miasta należy do niego), Klimboryn szalony. On to, przyjąwszy przysięgę hrabiego Ganelona, z przyjaźni ucałował go w usta i dał mu swój hełm i swój karbunkuł. Pohańbi (powiada) ziemię francuską i cesarzowi zedrze jego koronę. Wsiada na konia, którego zwą Barbamuszem, chybszego niźli sokół lub jaskółka. Spina go dobrze, puszcza mu cugle i pędzi ugodzić Gaskończyka Engeliera. Ani tarcz, ani zbroja nie mogą go ochronić. Poganin zatapia mu w ciele ostrze swej włóczni; naciska, całe żelazo przechodzi na wskroś; chwyciwszy oburącz drzewce, wali go na wznak na pole, po czym krzyczy: „To nasienie trzeba wygubić! Bijcie, poganie, aby przerwać ciżbę!”. Francuzi powiadają: „Boże! cóżeśmy za rycerza stracili!”.
CXVII
Hrabia Roland woła Oliwiera: „Panie towarzyszu, oto Engelier zabit, nie mieliśmy mężniejszego rycerza”. Hrabia odpowiada: „Niechaj Bóg da mi go pomścić”. Spina konia szczerozłotymi ostrogami. Nastawia swoją Hauteclaire, stal jest zakrwawiona; całą siłą uderza poganina. Potrząsa klingą w ranie i Saracen pada; diabły porywają jego duszę. Potem zabija diuka Affaina, ucina głowę Eskababie i wysadza z siodła siedmiu Arabów: ci już nie zdadzą się w bitwie. Roland powiada: „Mój towarzysz się pogniewał. Dobry to jest druh przy moim boku. Za takie ciosy Karol mocniej nas ukocha”. I bardzo głośno krzyczy: „Bijcie, rycerze!”.